Jak mało jest miejsc, w których nie ma nikogo poza nami!
Już na chwilę nie można być osamotnionym, zostawionym w nieobecności innych przedstawicieli gatunku...
Jak mało jest miejsc jak w XIX wieku, jak w XVII, pustych ludzkim bytem, zostawionych niezmiennie swoim kolejom losu i nieskrępowanemu wichrowi...
Jak mało jest przestrzeni gdzie nie umiesz określić, jaki mamy czas i jakie czasy.
Nie do wiary ile to daje siły!
Zdewastowana przez wodę asfaltowa alejka. Pokruszony asfalt, schylam się i zawiązuje sznurowadło. Szlaban, a potem polna droga. Odciski końskich podków. Nikogo w zasięgu wzroku, jedynie samotne topole, absolutnie puste hektary, po środku mała ścieżka. Potem brodzisz wśród suchych traw, co głośno gwiżdżą na wietrze. I wtedy jest już błękitny koniec, dotarłam nad urwisko, gdzie nad smutną Wisłą żyją niewidzialne teraz bobry.
Wiatr trochę zbyt mocno ze mną pogrywa. Niech mnie szarpie za włosy, skoro taka jest cena tej chwili, tego popołudnia.
Gdy wracam, obiecuję sobie bardziej cenić i strzec swojego szczęścia. Jednak wiem, że gdy wrócę będą mi chcieli to wszystko zabrać...