13 grudnia 2009
Dezyderata
Dziś kiedy już nie mam czasu, bo to-bo tamto i owamto, wracam myślami do pewnego tekstu, co mi przynosił ukojenie w chwili niepokoju, zwątpienia czy napadu melancholii.
Przeczytam.
Westchnę i jest mi lżej.
Dezyderata*
Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy.
O ile to możliwe bez wyrzekania się siebie bądź na dobrej stopie ze wszystkimi.
Wypowiadaj swą prawdę jasno i spokojnie i wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoją opowieść.
Unikaj głośnych i napastliwych są udręką życia.
Porównując się z innymi możesz stać się próżny i zgorzkniały, bowiem zawsze znajdziesz lepszych i gorszych od siebie.
Niech twoje osiągnięcia zarówno jak plany będą dla ciebie źródłem radości.
Wykonuj swoją pracę z sercem, jakkolwiek byłaby skromna, ją jedynie posiadasz w zmiennych kolejach losu. Bądź ostrożny w interesach, na świecie bowiem pełno oszustwa. Niech ci to jednak nie zasłoni prawdziwej cnoty – wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu.
Bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia. Ani też nie podchodź cynicznie do miłości, albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wieczna jak trawa.
Przyjmij spokojnie co ci lata doradzają z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości.
Rozwijaj siłę ducha, aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.
Obok zdrowej dyscypliny bądź dla siebie łagodny.
Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż drzewa i gwiazdy masz prawo być tutaj. I czy to dla ciebie jasne czy nie wszechświat bez wątpienia jest na dobrej drodze.
Tak więc żyj w zgodzie z Bogiem, czymkolwiek On ci się wydaje, czymkolwiek się trudnisz i jakiekolwiek są twoje pragnienia, w zgiełkliwym pomieszaniu życia zachowuj spokój ze swą duszą. Przy całej swej złudności, znoju i rozwianych marzeniach jest to piękny świat.
Bądź uważny. Dąż do szczęścia
*
znalezione w starym kościele Św. Pawła w Baltimore
datowane 1692r.
10 grudnia 2009
Res humanae
I nie chodzi mi o uczucie "zejdź mi z drogi, bo rozszarpię Cię na strzępy człowiecze", lecz raczej o głęboki zawód postawą, zachowaniem i ludzkim ułomnym charakterem. Nie sądziłam, że to napiszę, ale brakuje mi tego co niosła ze sobą Infantia - dziwnej ufności i cielęcego zachwytu w rodzaju "a proszę Pani dokąd prowadzi tamto przejście".
Dziś na lekcję muzealną przyszły dzieci z pierwszej klasy podstawówki. Każdy na gąbczastej poduszce, każdy z życiem przed sobą i tym beznadziejnym momentem - zapewne niejednym w życiu - utraty złudzeń, utraty nadziei i setek rozczarowań.
Zrobiło mi się żal... że stracą dziecięcość, a najbardziej, że nawet o tym nie wiedzą...
- A teraz niech wszyscy będą cicho i powiedzą co słyszą w sali, co to za dźwięki ? - rzekła otoczona dziećmi pani Edukatorka, w sali pełnej drewnianych figur średniowiecznych.
- Coś burczy...
- To coś syczy...
- A co to tak syczy dzieci?
- Eeee...
- Jezus!
- Maryja!
I to kiedyś się skończy. Kiedyś będzie to tylko klimatyzacja.
A co tak burczy? Co tak syczy? Może to echo ich przyszłych, a może moich teraźniejszych rozczarowań...
29 listopada 2009
Piernik
Wkurzona i zmarznięta piłam Tigera pod Społem na ul. Kopernika i podziwiałam witrynę sklepu z porcelaną Chodzież, a w tym czasie mijali mnie ludzie z kpiącym uśmiechem na ustach, zupełnie jakbym wyglądała jak przygłup na kacu albo pieprzony japiszon.
Popędziłam na 15 by ubezpieczyć się w końcu w dziekanacie. Istniało przecież zagrożenie, że kolejnego upadku ze schodów w Empiku mogę nie przeżyć. Normalny człowiek przypomniałby sobie wcześniej, że w piątki dziekanat jest zamknięty, jednak Tiger zaczął krążyć w moim krwiobiegu dopiero gdy pocałowałam druga klamkę tego boskiego, mroźnego poranka. Od czego jednak jest Tiger + telefon komórkowy. Trzask-prask i sprawa była załatwiona. .
Po dziesiątej skierowałam się do piwnic Domu Mikołaja Kopernika, gdzie poznałam dwójkę byłych stażystów i Świat Toruńskiego Piernika. Gdy ulepiłam i upiekłam własnego pierniczka, w kształcie cholernie pokątnego serca i zwiedzeniu wystawy, w zasadzie nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Wnet przybyli jednak Gimnazjaliści i patrzyłam jak dzielnie znoszą zwiedzanie. No cóż trzeba przyznać, że ekspozycja jest świetna i dali radę.
W pewnym momencie, a słowo daję że akurat się zastanawiałam "co ja robię w tej cholernej piwnicy i kiedy wrócę do Pani Ani robić coś pożytecznego?", ta razem z komisją (Pani od Rzemiosła i Pan z Dokumentacji) wyszła z dziury w ścianie! Przez chwilę myślałam, że mieszanina pieprzu, kardamonu, anyżu, cynamonu i gałki muszkatołowej zrobiły mi poważną krzywdę. Komisja wyszła z dziury w ścianie szepcząc coś o jakiejś skrzyni, posłali mi uśmiechy i zniknęli w sali po prawej... jak tylko było to możliwe wzięłam nogi za pas.
Wychodząc z Muzeum nie czułam jednak, że tydzień się kończy... nic dziwnego nawet weekend nie przyniósł mi odpoczynku. Ale w sumie skoro mam ubezpieczenie, to o połowie czyhających na mnie niebezpieczeństw mogę na razie zapomnieć. Uff... ale małe uff...
27 listopada 2009
Byle do weekendu, chociaż nie koniecznie...
Usłyszałam kilka ciekawych opowieści o skarbach monet znalezionych w ziemi. Najciekawsza jednak była opowieść o panu co się zwał Jean de Mandeville i przejechał na przełomie XIV i XV wieku trzy kontynenty, załapał się na dwie wyprawy krzyżowe (Ziemia Święta oraz Prusy) i napisał niesamowite kroniki. I tak to Jeana de Mandeville za rozrzutność cenią dziś numizmatycy. Potem zwiedziłam wystawę Pieniądz w Oblężeniu, poznając smakowite historyjki tylko dla wtajemniczonych. Od godziny 11 do 14.30 toczyłam nierówną walkę z 2 tysiącami medali, które miałam poukładać według numeru inwentarza. Dzięki temu jakże cennemu doświadczeniu wiem już, że to był dotąd najgorszy dzień mojego stażu. Gdy wyszłam z Muzeum, a myślałam że to nigdy już nie nastąpi, chciałam umrzeć, a w najlepszym przypadku przestać być. I choć zdaję sobie sprawę, że czasem praca bywa niewdzięczna i ktoś ją wykonać musi... następnym razem niech to będzie po prostu ktoś inny...
Po obiedzie z Kamilą popędziłyśmy na sprawdzian z niemieckiego, a wieczór spędziłyśmy w knajpie z kamilowymi koleżankami. Przy piwie i historyjkach o złych z natury dzieciach zaczęłam wypierać z pamięci dzieje polskiego medalierstwa...
24 listopada 2009
Manierystyczne zmanierowanie - czyli kto kogo nie lubi w muzealnym półświatku.
- Wszakże no jakże.
I ruszamy przez korytarze skrzypiącym parkietem sunąc, Pani Ania z konieczności, a ja podjarana jak małe dziecko. Robimy hyc przez muzealny czerwony sznur, co oddziela krainę muzealnych tajemnic dla wtajemniczonych od public space dla tylko-zwiedzających. Wchodzę po schodach starych wielce. I już jestem na szczycie ratusza, mknę schylona za komisją do pomieszczeń magazynowych. Schylona głowa unika guza od atakujących zewsząd fragmentów więźby. Oczy lokalizują trutki na szczury koloru lila-róż. Znajdujemy odpowiednie drzwi. Odpieczętowujemy. Zapalamy światło i jesteśmy w krainie drewnianych skrzynek i kuferków, szklanych naczyń i XVII-wiecznych instrumentów, po które tu przyszliśmy. Cuda owe siedzą otulone folią bądź kurzem na półeczkach regałów, co się pną metalem ku prowizorycznemu sufitowi.
Chwytamy dziwne podłużne instrumenty i niczym garbata kompania pokonujemy ponownie ów labirynt, kierując się ku konserwatorom w ich przyczajonych przy klatce schodowej laboratoriach.
Robimy puk puk do drzwi konserwatorów i niespodzianka.
- Ale ja wam tego nie wezmę do konserwacji!
- Przecież mieliście wziąć!
- A kto tak powiedział?
- Jak to kto, taka była umowa!
- Nie wiem kto z kim się umawiał, ale ja wam tego nie wezmę, bo mam za dużo do roboty - mówi zła kobieta w białym fartuchu, wskazują jednocześnie na model kogi wystający z ogromnego wiklinowego koszyka.
Pierwszy raz mam to uczucie. Że coś jest na rzeczy. Z jednej strony cichy komentarz, a z drugiej mina "i co ty na to powiesz".
No i pierwsze ACHA. Kustosze nie lubią konserwatorów, a konserwatorzy mają gdzieś kustoszy. Siekiera wisi w powietrzu, szczęśliwie Pani od Rzemiosła nie ma czasu wchodzić w rozmowę, ochotę ma zaś OGROMNĄ. Czując, że powinnam czuć złość maszeruję z komisją (Pan z działu Dokumentacji, Pani z działu Rzemiosła i Pani Ania ze Sztuki, Pani Przemiła lecz Cicha z Archeologii) do pomieszczenia przy bramie gdzie dziwaczne trąbki, i fagot, którym to Pani K. z Rzemiosła miała ochotę zdzielić Panią Konserwator, czekać będą bezpiecznie na umyślnych z muzeum instrumentów w Poznaniu.
Potem zaczynamy wycieczkę do Domu Eskenów. Gdyśmy się rozpłaszczyli w szatni, wpisali do odpowiednich ksiąg u Pana Ciecia i zdezaktywowali liczne alarmy - rozpoczęły się dywagacje tłumu ludzi, prowadzące mnie do zaobserwowania drugiego ACHA. A było ich... co najmniej sześcioro i "każden jeden" miał coś do dodania.
Pan "nie mam czasu i mam wszystko w D", Pan "szef-szefów technicznych", Pani R., Pan z dokumentacji, Pani Ania i inne osobistości. Gdy już ustalili co należało, akcja przeniosła się pod ziemię, gdzie zlokalizowane są magazyny. Drugie ACHA jest takie mianowicie, że "do cholery gdzie są techniczni, kiedy ich potrzebuję". Problem żaden poszukać też sobie można gdyby nie to, że na pomysł potrzebowania technicznych wpadają w jednej chwili średnio cztery osoby. Więc w końcu przywieźli manierystyczne drzwi windą. Detal boski, zawiasy kute cudowniaste, malunki, że mucha nie siada, tylko "do cholery gdzie są techniczni". Po dziesięciu minutach przyszli najbardziej pożądani faceci w muzealnym półświatku toruńskim. No to puściłam te drzwi z objęć, bo tłok był w podziemiach okrutny. Gdy już Pan techniczny w bezceremonialny sposób umieścił je w kanciapie, omiotłam wnętrze wzrokiem. Piękne meble trzeba przyznać, nieco kamiennych detali i dalsze skrzynie, z gatunku tych, co je matki córkom dawały w wianie, w czasach dawniejszych niż dawne...
Kiedy już sądziłam, że w zasadzie pewnie koniec na dziś wrażeń, zadzwonił telefon z konserwacji obrazów. No to pędzimy na górę, tam gdzie Fałat się odnawia, na nadchodzącą wystawę. Po przejściu w nieco inne zakamarki, kuląc się i garbiąc docieramy z Panią Anią do duszącego miejsca, gdzie dwie skupione kobiety obcują ze sztuka tak blisko, że bliżej się już nie da.
Fałat kład farbę intensywnie. Gdy tak blisko stoję z nosem przy płótnie widzę pojedyncze pociągnięcia, widzę miejsca które ominął w ogóle.
I wtedy pani Ania mówi, że mogę go dotknąć.
Czuję pod palcami purpurę drzew, różowy mroźny horyzont, zmarzniętych ludzi opatulonych w czerwień i brąz i szarości i żółć... i wiem już że nigdy tego nie zapomnę, że praca w muzeum to nie tylko złość, kłótnie o nieistotne sprawy, latanie po setkach schodów. Gdy odwiedzasz muzeum i znajdziesz tam coś co Cię poruszy swym pięknem, na chwilę stajesz się spokojnym i szczęśliwym człowiekiem.
Pracując w muzeum po prostu nim jesteś.
18 listopada 2009
Labirynt czasu i przestrzeni, czyli witamy w dziale sztuki polskiej i europejskiej.
Dla kogoś kto (jak ja ) jest laikiem w kwestii historii sztuki, woda to głęboka zupełnie jak sztuka jest głęboka w swej kolorowej istocie. Z ulicy człowiek trafia do zakładu Historii Sztuki Nowoczesnej i świat kompletnie się zmienia.
W magazynach jest zimno... pomiędzy obrazami przytulonymi lico do lica stoją rzeźby, które znalazły się tu w gorszych dla siebie czasach kryzysu. Depczę ochronną naburmuszoną bąbelkami folię wypełzającą zza blejtramy hipnotyzującego kolorem dzieła "Rajskie ptaki" i tylko czekać jak zacznę nadużywać słów płaszczyzna i perspektywa. Tu przez najbliższą godzinę z panią Anią spisujemy dzieła profesora. Dzielimy na: te wypożyczone od Muzeów, oraz te od samego artysty.
Gdy co rano tu wchodzę, wita mnie specyficzny zapach drewna, historii i gdyby przytulność jakoś pachniała, też bym ją tu dodała. Co rano przechodzę przy sali mieszczańskiej z ogromnym kamiennym portalem, mijam stare szafy w których wnętrzach giną ich własne wspomnienia. Wspinam się po drewnianych stopniach, a moje kroki dudnią w długich korytarzach na ostatnim piętrze. Po prawej stronie mijam galerię portretów z początku wieku. Gdy nikogo tu nie ma mężczyźni strzygą wąsami, a kobiety znudzone poprawiają włosy. W czasie wolnym od wyglądania z ram, wszyscy patrzą przez niewielkie okienka na kawałek nieba nad dziedzińcem toruńskiego ratusza. Zakamarki są tu skrzypiące i niesamowite!!
Od trzech dni w dziale czuć napięcie i słychać kanonadę telefonów. A wszystko za sprawą rodziny i spadkobierców dzieł doskonałego portrecisty pana R., chcących, przez sentyment, sprzedać je Toruniowi. I tu się zaczyna ból żołądka i złość na pusty muzealny portfel. Sprawa jednak jest w toku, gdyż Wrocław - główny konkurent do podkupienia owych płócien, nie kupi ich już na pewno.
Taki np. wernisaż Fałata kosztować będzie 500 zł. Nie wiedziałam, że z organizowaniem wystawy jest AŻ tyle latania.
I robiłam dziś gablotę na wystawę, i odbierałam telefony, i pracowałam przy obrazach i walczyłam z MONĄ, i widziałam wystawę związaną z nadaniem nagrody Thorunium, i robiłam korektę, i ściskałam już tyle dłoni, że się boję dostać grypy... i pomyśleć, że gdyby nie Pani Ania, która pozwala mi samej wszystkiego spróbować, to chyba bym padła na ryj z nudów, albo zamieniła się w tę druga podłą-wredną stażystkę z Działu Edukacji...
A tak, to mi się tutaj tak podoba, że och, ach, ech...
08 października 2009
Komedia romantyczna
Drwią z uczuć... Drwią z romantyczności...
Bardziej niż stracić, boją się zyskać...
Prawda jednak jest trywialna, prawda jednak jest banalna.
Kobiety uwielbiają sobie utrudniać proste sprawy, bo prostota od wieków nie jest w cenie.
Strach jest odpowiedzią. Paraliżujący, obezwładniający i ogłupiający. Strach przed tym, że ktoś może stać się dla Ciebie wszystkim. Kimś najważniejszym, najistotniejszym... kimś dla kogo bezboleśnie zniosłabyś wstydliwe i niepopularne dziś "poświęcenie". Kobiety uciekają w konwenanse, w nieistotne romanse, w samotność w związku...
Śmieją się same ze swoich pragnień. I nie jest to chichot zażenowania, lecz śmiech bez epilogu. Takie "phi", które w świecie dzikich zwierząt rozdyma nozdrza, płoszy i każe ratować się natychmiastową ucieczką. Albo wręcz przeciwnie, stać cicho i nieruchomo wśród gęstych traw i myśli... i ukrywać się przed prawdziwą miłością.
Kobiety takie nie oglądają już komedii romantycznych, bo po każdej czują się puste w środku...
17 września 2009
Pater Familias odc. 3
Kolacja. W roli głównej sałatka z wędzonym kurczakiem i Pater Familias. Po ustaleniu kto jakiej herbaty pożąda następuje faza konsumpcji.
Pater Familias przełykając:
- Pokłóciłem się dzisiaj z babą w rowerowym...
- ... - konsternacja rodzinna
- Jak to pokłóciłeś się dzisiaj z babą w rowerowym? - pyta matka, a sałata spada z kanapki na talerz.
- No bo powiedziała, że w tym roku nie będzie grzybów.
No to jej mówię, że: będą.
A ona dalej swoje, że: nie padało to nie będzie.
No to ja jej, że: będzie padać i będą grzyby.
Na to ona się mnie pyta: a co Pan taki pewien, że będą?
- No i... - rzuca ktoś z nas.
- No i jej powiedziałem, że: będą, bo ja już wszystkie z zeszłego roku zjadłem.
A potem długo rozmawiamy o Ruskich co to 70 lat temu nastali z nożem w ręku.
08 września 2009
Pater Familias odc.2
I od tego przymusowego występu tyle spraw się zmienia.
W Jego menu: pokrzywowa herbata, 30km rowerem i leki za 200 zł.
A dla mnie: niepokój, często gęba na kłódkę i jeszcze więcej niepokoju.
I tak mieszka z nami Pater Familias co ma pęknięte serce. W pękniętym sercu gra muzyka chirurgicznego metalowego stentu, co się zowie Chopin.
Wygrałam w siódmej klasie podstawówki konkurs wiedzy o Chopinie. W nagrodę czekało mnie wystąpienie przed całą szkołą. Zamiast święcić sukces - zaświeciłam majtkami. Tak to publicznie pogrążył mnie Chopin, ratując potem życie Pater Familiasa.
Pater Familias nie cierpi umytych owoców. Ja wprost przeciwnie. I kłócilibyśmy się o to, przytaczając wiele przenaukowych wniosków badaczy Amerykańskich Instytutów Żywienia, ale już nie kłócimy. Gęba na kłódkę.
Szuranie paznokci po futrynie.
- Śpisz?
- Leżę, bo mnie plecy bolą.
Wchodzi Pater Familias.
- Przyniosłem Ci nektarynkę.
- O!
- Umyłem ją.
- O...
I już nic nie mówię, bo wszystko jest jasne.
Mgnienie oka później i jedno zadarcie głowy w górę, Pater Familias stoi na drabinie i wydłubuje z sufitu padniętą żarówkę halogenową.
Drugie mgnienie oka i zostaję sama. Oj przepraszam. Drabina pewnie tu trochę postoi. Niech stoi. To nie jest już przecież takie istotne...
01 września 2009
Na wkurwa
- Jo, jak mam wkurwa to idę do działu z batonikami i wciskam paluchy w te które są miękkie...
- Acha...
31 sierpnia 2009
Parter Familias odc. 1
Trzy kobiety siedzą w kuchni. Pater Familias pachnący Old Spicem, ogolony precyzyjnie, a przyodziany w biało-zielony szlafrok, wchodzi do kuchni:
- No ja nie wiem, na prawdę... - mówi pod wąsem
- Co tam babulisz pod nosem?
- Tak jest zawsze. Zawsze. Dwadzieścia butelek pod prysznicem stoi. Policzyłem. A zawsze muszę umyć włosy WASZYM płynem do higieny intymnej... - po czym męskie klapki opuszczają z oburzeniem sfeminizowaną kuchnię.
20 sierpnia 2009
I przychodzi kara...
rdzewiejesz od środka melodią scherza
i rozterka całkiem głucha i taka piekielna
do wnętrza mętnym metrum się zakrada
głowę twą ragtimeem głaszcze
jad sączy aż zbolałe serce zaśnie
I próbuje wciąż próbuję
i nie jestem wcale lepsza
I próbuję wciąż i wciąż
i nie mogę kochać przestać
10 sierpnia 2009
Żółty sweter
Zauważyłam go. Wpadł mi w oko jego kolor, a widziałam niekończące się pola rzepaku, słoje słodkiego miodu i radosne ciepłe Słońce. I choć budził we mnie tak mocno pozytywne emocje i skojarzenia nie miałam odwagi zabrać go z tej przygnębiającej przechowalni ubrań bez ciał. Jakbym nigdy nic nie poczuła, jakby to się nie wydarzyło wyszłam zamykając za sobą przeszklone drzwi. Miałam już sweter, szary lecz leżał niemal jak ulał. Czasem okazywało się jednak, że sweter do niczego nie pasuje. Rzucałam się wtedy w rozpaczy na łóżko ze łzawymi słowami, łkając, iż nie mam co na siebie włożyć. Że się nienawidzę, że jestem cała nie taka. Chwile zdarzały się częściej, kiedy stawałam naga przed lustrem w samym tylko szarym swetrze. Nie czułam nic, poza ostrym i zimnym spojrzeniem lustrzanej tafli.
Minęła jesień, nadeszła wielkomiejska zima, mająca w poważaniu wszystkich poza własną osobą. Szklane drzwi do przechowalni ubrań bez ciał pchnąć było łatwo. Nie przeszkadzała warstewka śniegu na progu, nie wadziła wycieraczka. Choć światło było niemal jak w piwnicy, a radio podawało najnowsze hity, moją głowę zaprzątało jedynie dziwne zimno i śnieg padający w nocnej ciszy.
Nikomu nie powiedziałam, że byłam tu już. Zobaczyłam go ponownie, dotknęłam palcami trzech okrągłych guzików i uciekłam jakby się paliło. Ze smutkiem pomyślałam, że ma kolor samotnego stoika musztardy. Zaniepokoiłam się. Czułam wewnętrznie, że pewnie mogłabym zasnąć w nocy, przyciskając do twarzy jego musztardowo-miodowe piękno.
Nim odważyłam się go przymierzyć, zwątpiłam w siebie wiele razy. Szary sweter zwodził mnie, doprowadzał na skraje emocji, kończących się samobójczym skokiem z klifu w fałszywą puszystość pościeli mojego łóżka.
Do dziś nie wiem ile kosztował... Nie wiem jak sprowadził moje ręce na siebie, i dlaczego kazano nam tak długo czekać na nasze pierwsze spotkanie. Podejrzewam co w swym życiu przeszedł. Mogę domyślać się tylko z czego się składa, podczas gdy otulam się nim, on otula mnie i jestem tym kim jestem. A może jesteśmy jednością, tak dobrze nam przecież ze sobą.
Jestem sobą w moim żółtym swetrze.
I kocham to jak diabli, choć mówią że jestem szalona.
09 sierpnia 2009
Trochę jak morskie opowieści...
Ci, którzy siedzą na ławce sami, nigdy sami nie siedzą tak na prawdę. Obok siedzi coś, co nie pozwala nikomu się przysiąść. Nie można tego dotknąć, ani powąchać, choć smak ma gorzki.
Ci, którzy prawdziwie chcą być sami chodzą w deszczu, pozwalając gapić się na siebie ekspedientkom stojącym w drzwiach sklepów.
Ci, którzy chcą być sami idą wolno. Idą zamyśleni, jakby nie towarzyszył im na prawdę nikt. Mijają ich z zawrotną szybkością bezproblemowe persony rozmazane szybkością chodu. Własne ręce samotnych, są gdzieś na wyciągnięcie, lecz nikt ich chwycić za nie, nie może. Głowy ciężkie od nie pojedynczych myśli opadają im do tyłu. Tak podnoszą oni oczy ku górze, zimnym nieobecnym spojrzeniem ślizgając się po frontach zabytkowych budowli ścisłej starówki.
Samotni są zawsze w centrum. Samotni pośród wszystkich widnieją jak horyzont po długim rejsie - są mgliści i odlegli. Są też jak stare statki, nurkują w tłum, nieco ociężale, lecz rytmicznie. Gdyby się zastanowić prawdziwie samotni przychodzą na myśl, gdy przykłada się muszlę do ucha. Bo dryfując po morzach samotności wiatr czesze ich myśli i włosy, jak korony drzew w centrum wielkich miast. Samotni płyną więc środkiem centrum niczym flota supermocarstwa samotności, choć błyszczą w słońcu, są to puste okręty.
Prawdziwie samotni toną cicho, nabierając wody w usta opadają na dno, brzuchami nie mącąc nawet jednego ziarenka aksamitnego piasku.
20 lipca 2009
W co grają ludzie...
Kiedy z kimś chodzisz, możesz dojść wszędzie: do ołtarza, do ostateczności, a nawet do szaleństwa... każdy nowy związek bowiem to nowe realia i całkiem inne metody gry między dwojgiem ludzi.
W myśl psychologii stosunków międzyludzkich wszyscy jesteśmy całkiem niezłymi zawodnikami. Wszystko co robimy, każda podjęta przez nas decyzja, da się zdefiniować jako gra, czyli seria komplementarnych transakcji ukrytych prowadzących do dobrze określonego, dającego się przewidzieć wyniku.*
Czy wypada nam się łudzić, że małe błędy które popełniamy są na tyle nieświadome, że donikąd nie prowadzą? Czy ON/ONA gra? A może właśnie przegrywam, a nawet o tym nie wiem...
Na mój gust, bo daleko mi nawet do domorosłego psychologa, gry czyli "schematy naszych zachowań" są nawet dość nudne. Dlaczego to robimy? Dla korzyści. Obojętnie czy nazwiemy to dobrem związku, rodziny czy własnym, grasz (przestrzegając jakichś reguł) by ugrać coś dla siebie.
Piszę o tym, bo często sama zapominam o sobie. Dziś okazuje się nagle, że trzeba uważać na swoje pionki... tak łatwo zapomnieć, że wspólne życie to nie partyjka chińczyka.
Wspólnie grać wspaniale, wspólnie grać jest najlepiej. O siebie jednak grać musisz samodzielnie, przecież wiesz jakiego chcesz wyniku...
* Berne Eric, W co graja ludzie, warszawa 2002, s. 37.
05 lipca 2009
Podobno...
Rzecz będzie o ... mężczyznach.
Rozczarowujący mężczyźni są liczni. Najczęściej nie sposób dojść skąd "chlapnięte" przez nich sformułowanie pochodzi. Dochodzenie pt. "dlaczego On nie wie, że popełnił faux pas" to jak szukanie igły w stogu siana. I stoisz wtedy przed nim, patrząc na niego i łudząc się, że źle coś zrozumiałaś, że się przesłyszałaś, no bo przecież "na miłość boską nikt przy zdrowych zmysłach... " Znamy to.
Drogie Panie czas na chwilę bolesnej prawdy! Kogo zaboli dokładnie nie wiem, wiem natomiast że na pewien typ męskiej megalomanii można się zaszczepić.
Mężczyźni przekazujący sobie publicznie życiowe mądrości na temat zdobywania kobiet, to zjawisko rzadkie i niestety skończenie zabawne. Większość z was potraktuje to jako dobry żart ... i może pozostańmy przy takim odbiorze. Żadnej nadinterpretacji. Nie załamujmy się, miejmy nadzieję, że nie każdy facet jest zepsuty...
Żeby naświetlić cały proceder, wyobraźmy sobie fikcyjną bohaterkę - Carrie Bradshaw. O ile każda kobieta chciałaby wiedzieć tyle o facetach naszych wiosek i miast, co Carrie o mężczyznach Manhattanu, wiemy że włączając Seks w wielkim mieście przenosimy się w (wyimaginowany jednak!) świat wysokich szpilek, wysublimowanych szybkich numerków i torebek Prady.
Natomiast co zrobi facet, u którego zachowanie kobiety przerasta możliwość pojęcia jej niezgłębionych i nieprzeniknionych procesów myślowych?
Włącza komputer. Niestety nie jest to już, jak mogłoby się zdawać, świat dla mężczyzny fantastyczny.
Istnieje strona, która "najprawdziwszą prawdę" Ci o babach powie. Pewnie nawet nie jedna strona, lecz po przeczytaniu kilku perełek, większej ich liczby nie chce się widzieć na oczy.
Gromadźmy męskie mądrości... tak ich niewiele w dzisiejszym świecie. Dowód niżej
Podobno trzeba zaliczyć 12 dziewczyn, żeby zapomnieć o tej, którą się na prawdę kochało.
17 czerwca 2009
Piwne brzuszki
Zagubieni i zdezorientowani wobec gustów płci pięknej, Panowie-Polacy. (widzimy oto Kowalski, zasępiony i jakby ubogi w pierwiastek pewności siebie)
On nie wie! Nie podejrzewa nawet, co jest z nim nie tak... (tu Kowalski nie wie)
Na szczęście dla Kowalskiego, i dla Kobiet-Polek, dowiedział się TNS OBOP! (Kowalski jeszcze nie wierzy we własne szczęście)
Niech Kowalski słucha i przekaże dalej.
W dniach 20 - 24 maja 2009 na zlecenie Discovery Science reprezentatywnej grupie 576 Kobiet-Polek powyżej 15 roku życia zadano pytanie, które trapi nie jednego Kowalskiego.
Co czyni mężczyznę mało atrakcyjnym seksualnie?
- 50% Nieświeży oddech
- 49% Zapach potu
- 38% Tłuste włosy
- 34% Braki w uzębieniu
- 30% Pogniecione ubranie/Spadające spodnie
- 15% Duży brzuch
- 11% Wystające włosy w uszach
- 11% Wąsy
- 9% Trudno powiedzieć
- 4% Garbienie się
Drogie Polki nastały czasy, w których Ośrodek Badań Opinii Publicznej popycha mężczyzn w nasze ramiona. Jak tu nie pochwalać rozwoju nauki?
13 czerwca 2009
Pomyłka!
Do M. ciągle wydzwania "za krótki" numer. Za krótki w tym sensie, że wygląda na prześladowcę z biura obsługi, milczącego typa w dodatku. Może niedługo zacznie sapać, może akcja się rozwinie. A może to jakaś pomyłka?
2.
Dzwoni telefon.
- Jest Zdzisiek? - procenty aż zieją ze słuchawki, niemal palą druty telefoniczne.
- To pomyłka, tu Zdzisiek nie mieszka.
- Alee, jak to pomyłka? Zdziśka daj mi, no!
- To pomyłka. Do widzenia. - Słuchawka trafia na widełki.
*
- Halo, Zdzisiuuu? - ton niedowierzająco-błagalny, żołądkowo - gorzki.
- Znowu się pan pomylił. - delikatne zniecierpliwienie vel. subtelne rozbawienie.
- Kryśka, no ja Cię proszę się nie wygłupiaj, Zdziśka mi daj...
- To Pomyłka. Po-mył-ka.
- Ja wiem Kryśka, że my ostatnio ze Zdziśkiem ... ostro teges...
- POMYŁKA! - słuchawka ląduje na widełkach, na wszelki wypadek, na godzinę. Może do tego czasu Zdzisiek gdzieś się zmaterializuje. Choć szans wielkich nie ma. Nikt nie zna Zdziśka. Kryśki też.
3.
godz 21.10
- Halo? A witam! Stefan się kłania! Halo? Znad morza dzwonię!
- Yyy, to pomyłka. Do widzenia - rzekł bezceremonialnie Pater Familias.
godz 21.15
- Halo? No cześć, co Ty nie poznajesz mnie? Tu Stefan. No. Nad morzem jestem!
- Jaki Stefan. Panie, pomylił pan numer.
- A wiesz na imprezie jestem teraz! No. Halo? Przerywa coś... tu śpiewają, mówię ci, halo? Ale impreza, jak za naszych czasów.
- No, ale...
- No, na dwa tygodnie. Dokładnie! Jak rodzina?
- No... dobrze... - Pater Familias ogląda własne paznokcie.
- A pada u was?
- Czy pada... pada jak diabli - Pater Familias dla zachowania pozorów wygląda przez okno, szukając na bezchmurnym niebie czegoś bliżej nieokreślonego.
Turnus trwał dwa tygodnie. Jak się bawił Pater Familias nie wiem. Jak bawił się Stefan wiedzieliśmy, bo mówił o tym co wieczór.
Tak to bywa z pomyłkami... Mylą się ludzie i nic w tym dziwnego, najgorsze są jednak twoje pomyłki, te po których telefon długo milczy...
11 czerwca 2009
Literatura
Nie nadążam... szczerze nie nadążam.
Przez ostatnie dwa lata nie istniało dla mnie niemal nic poza książkami naukowymi. Ominął mnie fenomen Zmierzchu, ominął mnie renesans literatury iberoamerykańskiej, w końcu ominął mnie Murakami. Mam mało czasu, obojętnie czy sobie to wmawiam, czy rzeczywiście nie mam go wcale. Wracam do czytania! Obietnica złożona samej sobie, którą dodatkowo wielce się cieszyłam, ale... Wchodzę do księgarni, do biblioteki, przeglądam katalogi. I cóż? Ta książka dla bananowej młodzieży, tamta o bzdurach, no bo na miłość boską iluminaci na mnie nie czyhają, biografie raczej nie moja bajka, nie trawię iberoamerykańskiej (przedzieram się przez kolejne strony jak biały człowiek z maczetą w dorzeczu Amazonki, zżerają mnie komary, gonią autochtoni i dostaję sraczki od takiego klimatu), romansidło raczej nie (Jane Austen - w trudnych chwilach z mężczyznami), Sapkowski już był, był i Kundera, nudny i nudniejszy Buszujący w zbożu - był, książki o emigrantach (zarobkowych, politycznych,urojonych) - nie, Paulo Coelho - ile można. Co niegdyś kazali - również przeczytałam. Polowanie na dobrą książkę stało się walką o zachowanie resztek przytomności umysłu, pieniędzy, walką z tandetą...
Na szczęście jest sposób.
Klasyka! (nie kanon!)
Kto decyduje, co jest klasyką?
Ona broni się sama.
Nie ważne ile lat minie, ile minie ludzkich żyć, ile upłynie wody w Wiśle...
Podstawa.
Punkt wyjścia do dalszych poszukiwań - to nie koniecznie książka za 45 zł, czy 14,99 , ale może ten nieco wymięty, i pożółkły egzemplarz Zamku Franza Kafki w Twojej bibliotece miejskiej, może nawet na regale w Twoim domu. To poezja Jana Brzechwy - ta mniej znana i zdecydowanie nie dla dzieci, to Tołstoj, Balzac, Dostojewski, Hemingway i tak wielu innych.
Nie wmawiaj sobie, że ich znasz, że cokolwiek o nich wiesz...
Zaczynam.
Trzymam w dłoniach - ujęte w pożółkłe strony- nieprzespane noce Franza Kafki.
Witam się, książka dobrze leży w dłoniach. Oczy chłoną, wszystko inne znika.
Był późny wieczór, kiedy K. przybył.
10 czerwca 2009
Wszystko i nic...
Zbyt długo zwlekałam z odpowiedzią na podstawowe pytania. Może nawet znałam odpowiedzi, ale rzeczywistość, jak zręczny kieszonkowiec, ukradła mi je. Zaczynam więc na nowo myśleć o tym dzisiaj, bo jutro... to przecież nic pewnego.