30 października 2011

08 października 2011

Światłowody jesienne

Drogi P.

Niezaprzeczalnie przyszła jesień, czuje ją czubkami palców u stóp, lekko ucałowanych chłodem. Właśnie obserwuję, jak liście trzęsą się na mikroskopijnym wietrzyku. Zupełnie jakby ktoś nie z tej ziemi, bez zewnętrznej powłoki jestestwa swego, Ktoś, chuchał ciekawsko na liście gruszy. Myślę teraz którą to jesień przeżywamy razem. Razem, choć w pewnym dystansie. Gdybym teraz zamknęła oczy i pomyślała, w jaki sposób chciałabym tę jesień spędzić, wiem że miałoby to dużo wspólnego z naszym siedzeniem na ławce w Parku Bydgoskim. Owinięci w swetry o grubym norweskim splocie i szaliki o niepoważnych dziecięcych wzorach, my rzucamy się liśćmi. Śmiejemy, tak beztrosko, że nas bolą brzuchy. Potem grzejemy dłonie na kubkach herbaty, parującej w jesienną rzeczywistość. Potem widzę, jak jemy świeże orzechy włoskie. Obieramy je z jasnobrązowej, soczystej skórki barwiąc nasze palce w ciężko schodzące szarobure plamy. A potem znowu herbata na balkonie, pod ciepłym pledem. Pod kocem bardziej, nie znoszę i nie używam jak przecież wiesz słowa pled. W każdym razie siedzimy na jakimś naszym balkonie i patrzymy w którąś tylko naszą galaktykę, szukamy tam spełnionych marzeń, nie czarnych dziur, a raczej jasnych mgławic. Mam jeszcze kilka innych obrazków pod powiekami, naszych jaśniejących szczęściem twarzy i nieskrępowanych ciał.
Nadchodzi zmierzch, myślę o tym gdzie jesteś i co masz teraz na myśli... Czy myślisz o nas choć odrobinę i choć trochę? Piszę i przecieram miłosnym listem światłowody wprost do Twojego serca! Czy jesteś tam, czy pamiętasz...


P.S. : I love you...

O nie-przyjaciołach.

Poza tym, że nie sposób się czegokolwiek normalnie dowiedzieć, już wiem że będę prowadziła seminarium licencjackie w przyszłym semestrze. Chyba padnę ze stresu. Innych ważnych wieści ani widu, ani słychu.
Odezwał się we mnie głód życia, a w konsekwencji jakiejś tam dorosłości może rozsądek. Przeprowadzka odłożona do czasów większych środków pieniężnych. Czas oszczędzać, tylko niech mi już powiedzą co ze stypendium...
Obejrzałam ostatnio mieszkanie, całkiem fajne i przypomniały mi się wszystkie moje niepokoje przeprowadzkowe. Ach wspomnienia.

Po urodzinach K. wiele się zmieniło. Przede wszystkim w moim myśleniu o przyjaźni i mojej do niej zdolności. Jednak trzeba więcej niż chęć i staranie z 1 strony by mieć przyjaciela. Nic się za to nie zmieniło względem moich koleżanek, które podejmują dziwne decyzje. Jak tak na to patrzę, zastanawia mnie jak moje zachowanie wygląda z boku. Zaczynam dorastać do decyzji aby dusić wszystko w sobie.

Mam straszny okres w życiu, z mojej winy oczywiście i mojej nadwrażliwości na losy tego świata. Dzięki Rudej trochę mam plan działania, ale co zrobić aby postępować według niego? Znowu wychodzi na światło dzienne sprawa stara jak świat, umiesz liczyć - licz na siebie.

Zaczynam być poważnie rozgoryczona. A chcę być radosna, w żółtym kolorze, z głową pełną myśli o rycerskich turniejach i zamkach, piec babeczki, pic kawę na parapecie, siedzieć w parku pośród liści i kasztanów. Chcę żyć po swojemu, a ciągle nie mam okazji ku temu...