31 sierpnia 2009
Parter Familias odc. 1
Trzy kobiety siedzą w kuchni. Pater Familias pachnący Old Spicem, ogolony precyzyjnie, a przyodziany w biało-zielony szlafrok, wchodzi do kuchni:
- No ja nie wiem, na prawdę... - mówi pod wąsem
- Co tam babulisz pod nosem?
- Tak jest zawsze. Zawsze. Dwadzieścia butelek pod prysznicem stoi. Policzyłem. A zawsze muszę umyć włosy WASZYM płynem do higieny intymnej... - po czym męskie klapki opuszczają z oburzeniem sfeminizowaną kuchnię.
20 sierpnia 2009
I przychodzi kara...
rdzewiejesz od środka melodią scherza
i rozterka całkiem głucha i taka piekielna
do wnętrza mętnym metrum się zakrada
głowę twą ragtimeem głaszcze
jad sączy aż zbolałe serce zaśnie
I próbuje wciąż próbuję
i nie jestem wcale lepsza
I próbuję wciąż i wciąż
i nie mogę kochać przestać
10 sierpnia 2009
Żółty sweter
Zauważyłam go. Wpadł mi w oko jego kolor, a widziałam niekończące się pola rzepaku, słoje słodkiego miodu i radosne ciepłe Słońce. I choć budził we mnie tak mocno pozytywne emocje i skojarzenia nie miałam odwagi zabrać go z tej przygnębiającej przechowalni ubrań bez ciał. Jakbym nigdy nic nie poczuła, jakby to się nie wydarzyło wyszłam zamykając za sobą przeszklone drzwi. Miałam już sweter, szary lecz leżał niemal jak ulał. Czasem okazywało się jednak, że sweter do niczego nie pasuje. Rzucałam się wtedy w rozpaczy na łóżko ze łzawymi słowami, łkając, iż nie mam co na siebie włożyć. Że się nienawidzę, że jestem cała nie taka. Chwile zdarzały się częściej, kiedy stawałam naga przed lustrem w samym tylko szarym swetrze. Nie czułam nic, poza ostrym i zimnym spojrzeniem lustrzanej tafli.
Minęła jesień, nadeszła wielkomiejska zima, mająca w poważaniu wszystkich poza własną osobą. Szklane drzwi do przechowalni ubrań bez ciał pchnąć było łatwo. Nie przeszkadzała warstewka śniegu na progu, nie wadziła wycieraczka. Choć światło było niemal jak w piwnicy, a radio podawało najnowsze hity, moją głowę zaprzątało jedynie dziwne zimno i śnieg padający w nocnej ciszy.
Nikomu nie powiedziałam, że byłam tu już. Zobaczyłam go ponownie, dotknęłam palcami trzech okrągłych guzików i uciekłam jakby się paliło. Ze smutkiem pomyślałam, że ma kolor samotnego stoika musztardy. Zaniepokoiłam się. Czułam wewnętrznie, że pewnie mogłabym zasnąć w nocy, przyciskając do twarzy jego musztardowo-miodowe piękno.
Nim odważyłam się go przymierzyć, zwątpiłam w siebie wiele razy. Szary sweter zwodził mnie, doprowadzał na skraje emocji, kończących się samobójczym skokiem z klifu w fałszywą puszystość pościeli mojego łóżka.
Do dziś nie wiem ile kosztował... Nie wiem jak sprowadził moje ręce na siebie, i dlaczego kazano nam tak długo czekać na nasze pierwsze spotkanie. Podejrzewam co w swym życiu przeszedł. Mogę domyślać się tylko z czego się składa, podczas gdy otulam się nim, on otula mnie i jestem tym kim jestem. A może jesteśmy jednością, tak dobrze nam przecież ze sobą.
Jestem sobą w moim żółtym swetrze.
I kocham to jak diabli, choć mówią że jestem szalona.
09 sierpnia 2009
Trochę jak morskie opowieści...
Ci, którzy siedzą na ławce sami, nigdy sami nie siedzą tak na prawdę. Obok siedzi coś, co nie pozwala nikomu się przysiąść. Nie można tego dotknąć, ani powąchać, choć smak ma gorzki.
Ci, którzy prawdziwie chcą być sami chodzą w deszczu, pozwalając gapić się na siebie ekspedientkom stojącym w drzwiach sklepów.
Ci, którzy chcą być sami idą wolno. Idą zamyśleni, jakby nie towarzyszył im na prawdę nikt. Mijają ich z zawrotną szybkością bezproblemowe persony rozmazane szybkością chodu. Własne ręce samotnych, są gdzieś na wyciągnięcie, lecz nikt ich chwycić za nie, nie może. Głowy ciężkie od nie pojedynczych myśli opadają im do tyłu. Tak podnoszą oni oczy ku górze, zimnym nieobecnym spojrzeniem ślizgając się po frontach zabytkowych budowli ścisłej starówki.
Samotni są zawsze w centrum. Samotni pośród wszystkich widnieją jak horyzont po długim rejsie - są mgliści i odlegli. Są też jak stare statki, nurkują w tłum, nieco ociężale, lecz rytmicznie. Gdyby się zastanowić prawdziwie samotni przychodzą na myśl, gdy przykłada się muszlę do ucha. Bo dryfując po morzach samotności wiatr czesze ich myśli i włosy, jak korony drzew w centrum wielkich miast. Samotni płyną więc środkiem centrum niczym flota supermocarstwa samotności, choć błyszczą w słońcu, są to puste okręty.
Prawdziwie samotni toną cicho, nabierając wody w usta opadają na dno, brzuchami nie mącąc nawet jednego ziarenka aksamitnego piasku.