23 grudnia 2011
18 grudnia 2011
11 grudnia 2011
żal
Wiele razy układałam w myślach wiersz o pościeli, w której sypiałeś, a którą teraz należałoby wywalić z łóżka. Tymczasem niemo sobie leży, bezczelnie nie zwracając na siebie uwagi, na połowie, tej Twojej. Nie napiszę tego wiersza, nie usunę kołdry i poduszki. Wywalę wspólne prześcieradło. Budzi we mnie ten rodzaj buntu, który czujesz niekiedy mówiąc z niesmakiem, że rodziny się nie wybiera. Coś jak protest bez sensu. A może bardziej, jak spadanie ze schodów...
Po pościeli czas na inne rzeczy z tamtej rzeczywistości. Po ostatnich dwóch razach, gdy ze złością pakowałam je do worka na śmieci, aby Ci je oddać, teraz już tylko siedzę w fotelu i dopijam kawę, po której mi jest niedobrze. Może to nie kawa? Może to ta cisza, jaką chce to wszystko objąć, bo słowa mi nie pasują do pustki. Ja niemal tej pustki pragnę, bo jej nie pamiętam. Budzi taki dreszczyk, jak nowy pomysł na życie, jak pół-marzenie. Więc nie dotykam już tamtych rzeczy, leżą dookoła jak trupy, a ja prześlizguję się po nich wzrokiem. Zupełnie jakby mi miały przypomnieć dawne pragnienia... których dziś już nie zrozumiem, tak bardzo się zmieniły. Żal mi tych słów, które tu powstały, z nagich podstawowych liter, jak dwójka ludzi, którzy mieli kiedyś stworzyć coś wspaniałego. Ale jak to w grudniu, jak to w życiu, czasem nic z tego nie wychodzi. Potem przychodzą pierwsze święta bez śniegu, pierwsze inne, a potem ani się obejrzysz już po nich. Na chodnikach chlapa, w nocy zimno w stopy. Z prozaicznych powodów, druga kołdra znowu zaczyna być potrzebna, lecz tym razem tylko Tobie.
Po pościeli czas na inne rzeczy z tamtej rzeczywistości. Po ostatnich dwóch razach, gdy ze złością pakowałam je do worka na śmieci, aby Ci je oddać, teraz już tylko siedzę w fotelu i dopijam kawę, po której mi jest niedobrze. Może to nie kawa? Może to ta cisza, jaką chce to wszystko objąć, bo słowa mi nie pasują do pustki. Ja niemal tej pustki pragnę, bo jej nie pamiętam. Budzi taki dreszczyk, jak nowy pomysł na życie, jak pół-marzenie. Więc nie dotykam już tamtych rzeczy, leżą dookoła jak trupy, a ja prześlizguję się po nich wzrokiem. Zupełnie jakby mi miały przypomnieć dawne pragnienia... których dziś już nie zrozumiem, tak bardzo się zmieniły. Żal mi tych słów, które tu powstały, z nagich podstawowych liter, jak dwójka ludzi, którzy mieli kiedyś stworzyć coś wspaniałego. Ale jak to w grudniu, jak to w życiu, czasem nic z tego nie wychodzi. Potem przychodzą pierwsze święta bez śniegu, pierwsze inne, a potem ani się obejrzysz już po nich. Na chodnikach chlapa, w nocy zimno w stopy. Z prozaicznych powodów, druga kołdra znowu zaczyna być potrzebna, lecz tym razem tylko Tobie.
04 grudnia 2011
30 października 2011
08 października 2011
Światłowody jesienne
Drogi P.
Niezaprzeczalnie przyszła jesień, czuje ją czubkami palców u stóp, lekko ucałowanych chłodem. Właśnie obserwuję, jak liście trzęsą się na mikroskopijnym wietrzyku. Zupełnie jakby ktoś nie z tej ziemi, bez zewnętrznej powłoki jestestwa swego, Ktoś, chuchał ciekawsko na liście gruszy. Myślę teraz którą to jesień przeżywamy razem. Razem, choć w pewnym dystansie. Gdybym teraz zamknęła oczy i pomyślała, w jaki sposób chciałabym tę jesień spędzić, wiem że miałoby to dużo wspólnego z naszym siedzeniem na ławce w Parku Bydgoskim. Owinięci w swetry o grubym norweskim splocie i szaliki o niepoważnych dziecięcych wzorach, my rzucamy się liśćmi. Śmiejemy, tak beztrosko, że nas bolą brzuchy. Potem grzejemy dłonie na kubkach herbaty, parującej w jesienną rzeczywistość. Potem widzę, jak jemy świeże orzechy włoskie. Obieramy je z jasnobrązowej, soczystej skórki barwiąc nasze palce w ciężko schodzące szarobure plamy. A potem znowu herbata na balkonie, pod ciepłym pledem. Pod kocem bardziej, nie znoszę i nie używam jak przecież wiesz słowa pled. W każdym razie siedzimy na jakimś naszym balkonie i patrzymy w którąś tylko naszą galaktykę, szukamy tam spełnionych marzeń, nie czarnych dziur, a raczej jasnych mgławic. Mam jeszcze kilka innych obrazków pod powiekami, naszych jaśniejących szczęściem twarzy i nieskrępowanych ciał.
Nadchodzi zmierzch, myślę o tym gdzie jesteś i co masz teraz na myśli... Czy myślisz o nas choć odrobinę i choć trochę? Piszę i przecieram miłosnym listem światłowody wprost do Twojego serca! Czy jesteś tam, czy pamiętasz...
P.S. : I love you...
Niezaprzeczalnie przyszła jesień, czuje ją czubkami palców u stóp, lekko ucałowanych chłodem. Właśnie obserwuję, jak liście trzęsą się na mikroskopijnym wietrzyku. Zupełnie jakby ktoś nie z tej ziemi, bez zewnętrznej powłoki jestestwa swego, Ktoś, chuchał ciekawsko na liście gruszy. Myślę teraz którą to jesień przeżywamy razem. Razem, choć w pewnym dystansie. Gdybym teraz zamknęła oczy i pomyślała, w jaki sposób chciałabym tę jesień spędzić, wiem że miałoby to dużo wspólnego z naszym siedzeniem na ławce w Parku Bydgoskim. Owinięci w swetry o grubym norweskim splocie i szaliki o niepoważnych dziecięcych wzorach, my rzucamy się liśćmi. Śmiejemy, tak beztrosko, że nas bolą brzuchy. Potem grzejemy dłonie na kubkach herbaty, parującej w jesienną rzeczywistość. Potem widzę, jak jemy świeże orzechy włoskie. Obieramy je z jasnobrązowej, soczystej skórki barwiąc nasze palce w ciężko schodzące szarobure plamy. A potem znowu herbata na balkonie, pod ciepłym pledem. Pod kocem bardziej, nie znoszę i nie używam jak przecież wiesz słowa pled. W każdym razie siedzimy na jakimś naszym balkonie i patrzymy w którąś tylko naszą galaktykę, szukamy tam spełnionych marzeń, nie czarnych dziur, a raczej jasnych mgławic. Mam jeszcze kilka innych obrazków pod powiekami, naszych jaśniejących szczęściem twarzy i nieskrępowanych ciał.
Nadchodzi zmierzch, myślę o tym gdzie jesteś i co masz teraz na myśli... Czy myślisz o nas choć odrobinę i choć trochę? Piszę i przecieram miłosnym listem światłowody wprost do Twojego serca! Czy jesteś tam, czy pamiętasz...
P.S. : I love you...
O nie-przyjaciołach.
Poza tym, że nie sposób się czegokolwiek normalnie dowiedzieć, już wiem że będę prowadziła seminarium licencjackie w przyszłym semestrze. Chyba padnę ze stresu. Innych ważnych wieści ani widu, ani słychu.
Odezwał się we mnie głód życia, a w konsekwencji jakiejś tam dorosłości może rozsądek. Przeprowadzka odłożona do czasów większych środków pieniężnych. Czas oszczędzać, tylko niech mi już powiedzą co ze stypendium...
Obejrzałam ostatnio mieszkanie, całkiem fajne i przypomniały mi się wszystkie moje niepokoje przeprowadzkowe. Ach wspomnienia.
Po urodzinach K. wiele się zmieniło. Przede wszystkim w moim myśleniu o przyjaźni i mojej do niej zdolności. Jednak trzeba więcej niż chęć i staranie z 1 strony by mieć przyjaciela. Nic się za to nie zmieniło względem moich koleżanek, które podejmują dziwne decyzje. Jak tak na to patrzę, zastanawia mnie jak moje zachowanie wygląda z boku. Zaczynam dorastać do decyzji aby dusić wszystko w sobie.
Mam straszny okres w życiu, z mojej winy oczywiście i mojej nadwrażliwości na losy tego świata. Dzięki Rudej trochę mam plan działania, ale co zrobić aby postępować według niego? Znowu wychodzi na światło dzienne sprawa stara jak świat, umiesz liczyć - licz na siebie.
Zaczynam być poważnie rozgoryczona. A chcę być radosna, w żółtym kolorze, z głową pełną myśli o rycerskich turniejach i zamkach, piec babeczki, pic kawę na parapecie, siedzieć w parku pośród liści i kasztanów. Chcę żyć po swojemu, a ciągle nie mam okazji ku temu...
Odezwał się we mnie głód życia, a w konsekwencji jakiejś tam dorosłości może rozsądek. Przeprowadzka odłożona do czasów większych środków pieniężnych. Czas oszczędzać, tylko niech mi już powiedzą co ze stypendium...
Obejrzałam ostatnio mieszkanie, całkiem fajne i przypomniały mi się wszystkie moje niepokoje przeprowadzkowe. Ach wspomnienia.
Po urodzinach K. wiele się zmieniło. Przede wszystkim w moim myśleniu o przyjaźni i mojej do niej zdolności. Jednak trzeba więcej niż chęć i staranie z 1 strony by mieć przyjaciela. Nic się za to nie zmieniło względem moich koleżanek, które podejmują dziwne decyzje. Jak tak na to patrzę, zastanawia mnie jak moje zachowanie wygląda z boku. Zaczynam dorastać do decyzji aby dusić wszystko w sobie.
Mam straszny okres w życiu, z mojej winy oczywiście i mojej nadwrażliwości na losy tego świata. Dzięki Rudej trochę mam plan działania, ale co zrobić aby postępować według niego? Znowu wychodzi na światło dzienne sprawa stara jak świat, umiesz liczyć - licz na siebie.
Zaczynam być poważnie rozgoryczona. A chcę być radosna, w żółtym kolorze, z głową pełną myśli o rycerskich turniejach i zamkach, piec babeczki, pic kawę na parapecie, siedzieć w parku pośród liści i kasztanów. Chcę żyć po swojemu, a ciągle nie mam okazji ku temu...
29 września 2011
a i jeszcze jedno!
Ostatnio przeczytałam gdzieś, że główną wadą facetów (dzisiejsze czasy mam na myśli)jest brak krytycyzmu co do ich własnej osoby. Przetrawiłam to i stwierdzam: To-jest-plaga!
Faceci nie dbają o siebie, nie ważne dla nich jest, że codziennie jedzą fast-foody, nie ćwiczą, chodzą w podartych dresach, nie słuchają czego potrzebuje partnerka, mieszkają z rodzicami do 30-tki czy pracują w pracy, która zapewnia im tylko święty spokój.
Jest im wszystko jedno! Totalny tumiwisizm i brak samokrytyki. A w dodatku, mój ulubiony tekst "przecież mamy XXI wiek", więc czego od nich wymagać, skoro wolno im wszystko i jednocześnie nic nie muszą...
Za to wymagania dotyczące ich partnerek to piramida Cheopsa.
"Rośnie we mnie gniew"!
Faceci nie dbają o siebie, nie ważne dla nich jest, że codziennie jedzą fast-foody, nie ćwiczą, chodzą w podartych dresach, nie słuchają czego potrzebuje partnerka, mieszkają z rodzicami do 30-tki czy pracują w pracy, która zapewnia im tylko święty spokój.
Jest im wszystko jedno! Totalny tumiwisizm i brak samokrytyki. A w dodatku, mój ulubiony tekst "przecież mamy XXI wiek", więc czego od nich wymagać, skoro wolno im wszystko i jednocześnie nic nie muszą...
Za to wymagania dotyczące ich partnerek to piramida Cheopsa.
"Rośnie we mnie gniew"!
Ciężki jesienny tydzień
Muszę przyznać, że to jeden z najcięższych tygodni jaki miałam w tym roku...
Poza oczywistymi względami, dochodzą jeszcze rodzinne przejścia ze szpitalami, do 2 w nocy włącznie. Ciągły brak czasu, ciągła niewiadoma w co najpierw ręce włożyć, sprawiają, że piszę ten post, albo smażę schabowe zamiast zapierdalać w słusznych, własnych sprawach. Czas liczyć tylko na siebie, albo znowu...
Pogoda cudowna, jakby dodatkowo chciała mnie wkurzyć, bo przecież muszę siedzieć przy kompie i tworzyć wiekopomne dzieło.
Jutro urodziny K., na których na pewno nie będę się dobrze bawić. Niby knajpa ulubiona, ludzie fajni, a jednak wszystko mnie mierzi. Mam w sobie złość. Nie chcę z nikim gadać, wychodzi na to, że należy mi ugryźć się w język, przywdziać sukienkę i uśmiech numer osiem i być bezproblemowym, szybkochodzącym człowiekiem XXI wieku.
Czytałam ostatnio, iż szukamy podświadomie partnerów na wzór naszych opiekunów z dzieciństwa. Tego jeszcze brakowało, kutwa...
Poza oczywistymi względami, dochodzą jeszcze rodzinne przejścia ze szpitalami, do 2 w nocy włącznie. Ciągły brak czasu, ciągła niewiadoma w co najpierw ręce włożyć, sprawiają, że piszę ten post, albo smażę schabowe zamiast zapierdalać w słusznych, własnych sprawach. Czas liczyć tylko na siebie, albo znowu...
Pogoda cudowna, jakby dodatkowo chciała mnie wkurzyć, bo przecież muszę siedzieć przy kompie i tworzyć wiekopomne dzieło.
Jutro urodziny K., na których na pewno nie będę się dobrze bawić. Niby knajpa ulubiona, ludzie fajni, a jednak wszystko mnie mierzi. Mam w sobie złość. Nie chcę z nikim gadać, wychodzi na to, że należy mi ugryźć się w język, przywdziać sukienkę i uśmiech numer osiem i być bezproblemowym, szybkochodzącym człowiekiem XXI wieku.
Czytałam ostatnio, iż szukamy podświadomie partnerów na wzór naszych opiekunów z dzieciństwa. Tego jeszcze brakowało, kutwa...
28 września 2011
Zaczęło się!
No i nieboski rok nic nierobienia się kończy... Aby przejść na wyższy level, jednak nie zadbałam do końca.
Mimo międzynarodowego dnia dostępu do informacji nikt mi nie powiedział, że prowadzę zajęcia w tym roku akademickim!
Ogólnie, poza nudną filozofią w piątkowy wieczór (wprost z audytorium, po trzech godzinach trzeba będzie iść się tylko sponiewierać alkoholem), będzie seminarium i konwers co dwa tygodnie.
No i te nieszczęsne zajęcia, których jeszcze sobie nie załatwiłam... Kto mi odda 30h? I co ja mam tym studentom o elementach konserwacji opowiedzieć?! Wszak to nie moja bajeczka na dobranoc...
Wiecie, że Jaffa w Ziemi Świętej potrzebuje archeologów? Jedziemy?
Nadeszła jesień, choć inna niż chciałam... też wariatka. Dam radę.
Ważne aby głowa, nawet bezpiecznie wyedukowana, była płodna jak czarnoziem.
Mimo międzynarodowego dnia dostępu do informacji nikt mi nie powiedział, że prowadzę zajęcia w tym roku akademickim!
Ogólnie, poza nudną filozofią w piątkowy wieczór (wprost z audytorium, po trzech godzinach trzeba będzie iść się tylko sponiewierać alkoholem), będzie seminarium i konwers co dwa tygodnie.
No i te nieszczęsne zajęcia, których jeszcze sobie nie załatwiłam... Kto mi odda 30h? I co ja mam tym studentom o elementach konserwacji opowiedzieć?! Wszak to nie moja bajeczka na dobranoc...
Wiecie, że Jaffa w Ziemi Świętej potrzebuje archeologów? Jedziemy?
Nadeszła jesień, choć inna niż chciałam... też wariatka. Dam radę.
Ważne aby głowa, nawet bezpiecznie wyedukowana, była płodna jak czarnoziem.
26 września 2011
Wzruszyłabym się, ale tusz był za drogi...
Nie wiem z czego to wynika, ale nadeszły czasy, gdy wszyscy mężczyźni mają w głębokim poważaniu staranie się dla kobiety i o kobietę. Och, ach ależ jestem wierną fanką kurtuazji! Ojej!
Czasy gdy wszystko jest instant, wszystko w pięć minut, albo z promocji, a encyklopedie można wyrzucić, bo komu się chce kartkować takie bydle (sic!) skoro wpisujesz coś w pasek wstydu googla i masz w sekundę wyjaśnioną listę trudnych słów, używanych przez panny co się wywyższają.
Kreatywność jest za trudna, optymizm i zaradność urastają do rangi Nobla z dziedziny chemii, a "proszenie o wsparcie" to tylko taka kwestia z beznadziejnego, amerykańskiego serialu o policjantach z Miami.
W tych ciężkich czasach pozytywistycznej rewolucji technologicznej nikt już nie pamięta znaczenia słowa romantyzm. Skoro takie z was facetów konsumpcyjne świnie, tacy kapitaliści to kupujcie pomysły na randkę przez internet.* A ja będę napawać się swoją abominacją, aż się porzygam, och - zwymiotuję, całą paletą barw obrzydzenia waszą bezbarwnością!
* pomysł na, randkę każdego dnia.
Czasy gdy wszystko jest instant, wszystko w pięć minut, albo z promocji, a encyklopedie można wyrzucić, bo komu się chce kartkować takie bydle (sic!) skoro wpisujesz coś w pasek wstydu googla i masz w sekundę wyjaśnioną listę trudnych słów, używanych przez panny co się wywyższają.
Kreatywność jest za trudna, optymizm i zaradność urastają do rangi Nobla z dziedziny chemii, a "proszenie o wsparcie" to tylko taka kwestia z beznadziejnego, amerykańskiego serialu o policjantach z Miami.
W tych ciężkich czasach pozytywistycznej rewolucji technologicznej nikt już nie pamięta znaczenia słowa romantyzm. Skoro takie z was facetów konsumpcyjne świnie, tacy kapitaliści to kupujcie pomysły na randkę przez internet.* A ja będę napawać się swoją abominacją, aż się porzygam, och - zwymiotuję, całą paletą barw obrzydzenia waszą bezbarwnością!
* pomysł na, randkę każdego dnia.
28 sierpnia 2011
Bo o miłość się walczy...
Bóg mi świadkiem, chciałam walczyć, bo o miłość się walczy, ale wytrąciłeś mi broń z ręki.
24 sierpnia 2011
kultuta obrazkowa
15 lipca 2011
17 czy 24.
Zapomniałam jak dużo z repertuaru Happysad'owych piosenek we mnie siedziało kiedyś i chyba siedzi do dziś, bo oto znowu mają kutwa sens. Jestem ich głodna. Np.
Partyzant K
Tych kilka nocy tych parę dni
kiedy wszystko było tak
Ty byłaś rzeźbą a ja partyzantem
i wiem
że Ty i ja - dalibyśmy się wychłostać
aby mogło tak pozostać
Nie to miejsce nie ten czas
To nie tak
ja nienawidzę jak
Liczysz myślisz patrzysz ile to już lat
Bo całe nasze życie to
To nie te długie lata a
Tych kilka krótkich dni
i tych parę chwil z których
niby nie wynika nic
Albo sensualna i pamiętna Łydka.
I nie obchodzi mnie 17 czy 24, bo to nie o to chodzi. Wszystko to mnie cieszy co guzik nie od tego płaszcza. Super. Romantyzm umarł, a ja go opłakuję co dnia. Co noc. I z tego nie wynika nic.
Partyzant K
Tych kilka nocy tych parę dni
kiedy wszystko było tak
Ty byłaś rzeźbą a ja partyzantem
i wiem
że Ty i ja - dalibyśmy się wychłostać
aby mogło tak pozostać
Nie to miejsce nie ten czas
To nie tak
ja nienawidzę jak
Liczysz myślisz patrzysz ile to już lat
Bo całe nasze życie to
To nie te długie lata a
Tych kilka krótkich dni
i tych parę chwil z których
niby nie wynika nic
Albo sensualna i pamiętna Łydka.
I nie obchodzi mnie 17 czy 24, bo to nie o to chodzi. Wszystko to mnie cieszy co guzik nie od tego płaszcza. Super. Romantyzm umarł, a ja go opłakuję co dnia. Co noc. I z tego nie wynika nic.
21 czerwca 2011
Obawa
Zwykle cudowne rozwiązania, to proste rozwiązania. Choć do fanów uproszeń nie należę, bo cały ogląd sytuacji jest wręcz dla mnie nieodzowny, stwierdzić należy, iż podobnie bywa z ludzkimi obawami. Napoleon Hill, przez niektórych szumnie zwany ojcem ludzi sukcesu dokonał ciekawego podsumowania.
Suma wszystkich strachów to 6.
Podzielił je następująco:
1. obawa przed nędzą,
2. obawa przed starością,
3. obawa przed krytyką,
4. obawa przed utratą miłości,
5. obawa przed chorobą,
6. obawa przed śmiercią.
Myślę teraz czego się boję. Mam. Klasyfikuję i ... już mój strach wydaje mi się mniejszy i przesadzony. Może irracjonalny. Nawet wydaje mi się, że to nie to, że może jakaś inna kategoria lepiej by pasowała. Jednak nie ma lepszej kategorii najgorszych strachów. Widać ludzie już tacy prości są w obsłudze. Może gdy jasno się określi, czego się boimy, możemy złapać oddech i pójść na przód pełną parą?
P.S. Jeśli boję się, że zanudzę się na śmierć, to jest to strach przed śmiercią czy nudą? Bo nudy widać, nie ma w wersji podstawowej... albo może życie kiedyś bywało ciekawsze...
Suma wszystkich strachów to 6.
Podzielił je następująco:
1. obawa przed nędzą,
2. obawa przed starością,
3. obawa przed krytyką,
4. obawa przed utratą miłości,
5. obawa przed chorobą,
6. obawa przed śmiercią.
Myślę teraz czego się boję. Mam. Klasyfikuję i ... już mój strach wydaje mi się mniejszy i przesadzony. Może irracjonalny. Nawet wydaje mi się, że to nie to, że może jakaś inna kategoria lepiej by pasowała. Jednak nie ma lepszej kategorii najgorszych strachów. Widać ludzie już tacy prości są w obsłudze. Może gdy jasno się określi, czego się boimy, możemy złapać oddech i pójść na przód pełną parą?
P.S. Jeśli boję się, że zanudzę się na śmierć, to jest to strach przed śmiercią czy nudą? Bo nudy widać, nie ma w wersji podstawowej... albo może życie kiedyś bywało ciekawsze...
12 czerwca 2011
*
Uzdrówmy nasze dusze
w kieliszkach szklanych ciał
a potem się rozejdźmy
jakby nas rozdzielił świat...
w kieliszkach szklanych ciał
a potem się rozejdźmy
jakby nas rozdzielił świat...
22 maja 2011
Zawsze i niezmiennie
Zawsze i niezmiennie na znak tamtych czasów i hotelu Piast, a zwłaszcza moich urodzin ..
12 maja 2011
A gdyby tak...
I znów mnie nosi! Nomadyzm mój fizyczny i emocjonalny, taka wcale przynależność, a uzależnienie raczej, co powoduje płodność mojego umysłu w plany ucieczki, które w zasadzie są zamkniętym kołem raczej, łodzią - która chce odpłynąć, iluzją stabilności i stabilizacji. A gdyby tak uciec i zacząć wszystko do nowa? ... zachodzę w głowę dlaczego tak jest zawsze wtedy, gdy istnieje plan działania na najbliższe 5 lat.
Stare piosenki
Bus był już w granicach Polski. Szybko się ściemniło. Hanzeatyckie miasta zostały za plecami razem ze swym niesamowitym wiatrem, neurotyczną pogodą i lekkim powietrzem, pełnym naszego zachwytu.
Wiele zobaczyłam, do wielu miejsc będę wracała wspomnieniami... do piętrowych łóżek i katedr, wina w kubkach i anegdot, Guinnessa w lubeckim pubie, stralsundzkich wieczorów, niemieckich rzek i wiatraków, i do ludzi, z którymi te chwile dzieliłam. Bo poza zyskanymi wrażeniami, czułam że takie chwile nigdy się nie powtórzą. Czułam też że definitywnie kogoś straciłam.
I taki smak ma ta piosenka, którą śpiewaliśmy na całe gardło, wszyscy włącznie z profesorem. Choć zapewne każdy czuł coś kompletnie innego.
Wiele zobaczyłam, do wielu miejsc będę wracała wspomnieniami... do piętrowych łóżek i katedr, wina w kubkach i anegdot, Guinnessa w lubeckim pubie, stralsundzkich wieczorów, niemieckich rzek i wiatraków, i do ludzi, z którymi te chwile dzieliłam. Bo poza zyskanymi wrażeniami, czułam że takie chwile nigdy się nie powtórzą. Czułam też że definitywnie kogoś straciłam.
I taki smak ma ta piosenka, którą śpiewaliśmy na całe gardło, wszyscy włącznie z profesorem. Choć zapewne każdy czuł coś kompletnie innego.
07 kwietnia 2011
Cywilizacja gwałcąca swoją obecnością
Jak mało jest miejsc, w których nie ma nikogo poza nami!
Już na chwilę nie można być osamotnionym, zostawionym w nieobecności innych przedstawicieli gatunku...
Jak mało jest miejsc jak w XIX wieku, jak w XVII, pustych ludzkim bytem, zostawionych niezmiennie swoim kolejom losu i nieskrępowanemu wichrowi...
Jak mało jest przestrzeni gdzie nie umiesz określić, jaki mamy czas i jakie czasy.
Nie do wiary ile to daje siły!
Zdewastowana przez wodę asfaltowa alejka. Pokruszony asfalt, schylam się i zawiązuje sznurowadło. Szlaban, a potem polna droga. Odciski końskich podków. Nikogo w zasięgu wzroku, jedynie samotne topole, absolutnie puste hektary, po środku mała ścieżka. Potem brodzisz wśród suchych traw, co głośno gwiżdżą na wietrze. I wtedy jest już błękitny koniec, dotarłam nad urwisko, gdzie nad smutną Wisłą żyją niewidzialne teraz bobry.
Wiatr trochę zbyt mocno ze mną pogrywa. Niech mnie szarpie za włosy, skoro taka jest cena tej chwili, tego popołudnia.
Gdy wracam, obiecuję sobie bardziej cenić i strzec swojego szczęścia. Jednak wiem, że gdy wrócę będą mi chcieli to wszystko zabrać...
Już na chwilę nie można być osamotnionym, zostawionym w nieobecności innych przedstawicieli gatunku...
Jak mało jest miejsc jak w XIX wieku, jak w XVII, pustych ludzkim bytem, zostawionych niezmiennie swoim kolejom losu i nieskrępowanemu wichrowi...
Jak mało jest przestrzeni gdzie nie umiesz określić, jaki mamy czas i jakie czasy.
Nie do wiary ile to daje siły!
Zdewastowana przez wodę asfaltowa alejka. Pokruszony asfalt, schylam się i zawiązuje sznurowadło. Szlaban, a potem polna droga. Odciski końskich podków. Nikogo w zasięgu wzroku, jedynie samotne topole, absolutnie puste hektary, po środku mała ścieżka. Potem brodzisz wśród suchych traw, co głośno gwiżdżą na wietrze. I wtedy jest już błękitny koniec, dotarłam nad urwisko, gdzie nad smutną Wisłą żyją niewidzialne teraz bobry.
Wiatr trochę zbyt mocno ze mną pogrywa. Niech mnie szarpie za włosy, skoro taka jest cena tej chwili, tego popołudnia.
Gdy wracam, obiecuję sobie bardziej cenić i strzec swojego szczęścia. Jednak wiem, że gdy wrócę będą mi chcieli to wszystko zabrać...
31 marca 2011
Strategie związkowe, czyli lepiej niech samo się toczy
Aż czasem mnie zadziwia, jak trafne są moje osądy nt. relacji damsko - męskich. Tym razem zaś wolałabym, żeby nie były, bo... są niepokojące. Muszę się nauczyć dbać o swój interes, a nie po długim czasie stwierdzić, że dana strategia na życie przyniosła mi chwilową satysfakcję, a na dłuższą metę zrobiłam z siebie kogoś, do kogo nie można się zbliżyć. Albo już się tego nie chce. "Jakieś problemy z siecią".
Lepiej niech wszystko toczy się po swojemu. Spontan. Głos serca i trochę rozsądku, żeby potem nie było płaczu.
Taki casual. Długodystansowy.
Robyn - Who's That Girl
Lepiej niech wszystko toczy się po swojemu. Spontan. Głos serca i trochę rozsądku, żeby potem nie było płaczu.
Taki casual. Długodystansowy.
Robyn - Who's That Girl
19 marca 2011
Dzieci, bleeeh..
Do tej pory łudziłam się, że temat prezentów dla dzieci, jak i dzieci w ogóle jest banalny. Aż tu nagle pojawia się zagadnienie drobiazgu dla 3latki. Zabawki można oglądać godzinę, książeczki, klocki, plecaczki, lalki, pluszaki, kredki i inne gadżety... Tylko co tu zrobić, kiedy się nie wie co porabia w wolnych chwilach takie dziecko?
Naturalne wydaje się skontaktowanie z kimś, kto takie pojęcie posiada. Na pierwszy ogień oczywiście byłaby to mama. Ale gdy ktoś ze swoją nie rozmawia, włącza książkę telefoniczna na komórce i szuka znawcy. Ta nie, ta to już w ogóle, ta o boże, ta never, z tą nie gadałam 3 lata, więc głupio zadzwonić, ta nie będzie wiedziała, dalej, dalej, dalej... i nic!
Grupa docelowa koleżanek w książce telefonicznej(bez rodziny): ok. 60.
Wiek: Reprodukcyjny.
Wykształcenie: Wyższe.
Stwierdziłam co następuje:
1. Tylko 4 moje znajome mają dziecko, ale nie są to bliskie koleżnaki(sic!)
2. Zapewne ok. 10 moich koleżanek (z całą pewnością) chce mieć dzieci
3. Około 30 nie ma nic przeciwko dzieciom, ale żeby je mieć to raczej nie
4. Może z 10 jest rodzicem chrzestnym i to im wystarcza
5. Około 10 nie cierpi dzieci, bleh, a żeby jakoweś rodzić to już w ogóle
Wnioski są takie, że większość (zatrważająca) moich najlepszych koleżanek to: albo zatwardziałe feministki, albo kobiety niezależne, albo homoseksualistki, albo singielki, albo ... albo co??
Dokąd zmierza ten świat i kto będzie zarabiał na nasze emerytury?
Zwłaszcza, że jeśli dzieci mieć nie będę, to się z wieży nie rzucę. W rodzinie nie mam małych dzieci, rodzeństwa wychowywać nie musiałam. Nic nie wiem o dzieciach, nie bawią mnie małe rączki i nóżki, a całkiem małe dzieci raczej mnie niepokoją...
Ogólny wniosek, jest taki, że nie lubię dzieci, boję się ich i ... jak każda kobieta oszukuję się, że jeśli już będę miała własne, to będą zupełnie inne niż wszystkie te: wrzeszczące, ryczące, krzyczące, wkładające palce do kontaktu i robiące sceny w miejscach publicznych bachory, które do tej pory zwykłam spotykać na swojej drodze.
P.S. Ostatecznie, to wujek Google podpowiedział mi co się nadaje dla 3latki,czytaj: czego nie zje, czego nie obślini, ani przez co się nie zabije z mojej winy...
Cała sytuacja tak mnie zirytowała, że pieniądze na prezent zainwestowałam w zbyt drogą, antystresową maseczkę do twarzy...
Naturalne wydaje się skontaktowanie z kimś, kto takie pojęcie posiada. Na pierwszy ogień oczywiście byłaby to mama. Ale gdy ktoś ze swoją nie rozmawia, włącza książkę telefoniczna na komórce i szuka znawcy. Ta nie, ta to już w ogóle, ta o boże, ta never, z tą nie gadałam 3 lata, więc głupio zadzwonić, ta nie będzie wiedziała, dalej, dalej, dalej... i nic!
Grupa docelowa koleżanek w książce telefonicznej(bez rodziny): ok. 60.
Wiek: Reprodukcyjny.
Wykształcenie: Wyższe.
Stwierdziłam co następuje:
1. Tylko 4 moje znajome mają dziecko, ale nie są to bliskie koleżnaki(sic!)
2. Zapewne ok. 10 moich koleżanek (z całą pewnością) chce mieć dzieci
3. Około 30 nie ma nic przeciwko dzieciom, ale żeby je mieć to raczej nie
4. Może z 10 jest rodzicem chrzestnym i to im wystarcza
5. Około 10 nie cierpi dzieci, bleh, a żeby jakoweś rodzić to już w ogóle
Wnioski są takie, że większość (zatrważająca) moich najlepszych koleżanek to: albo zatwardziałe feministki, albo kobiety niezależne, albo homoseksualistki, albo singielki, albo ... albo co??
Dokąd zmierza ten świat i kto będzie zarabiał na nasze emerytury?
Zwłaszcza, że jeśli dzieci mieć nie będę, to się z wieży nie rzucę. W rodzinie nie mam małych dzieci, rodzeństwa wychowywać nie musiałam. Nic nie wiem o dzieciach, nie bawią mnie małe rączki i nóżki, a całkiem małe dzieci raczej mnie niepokoją...
Ogólny wniosek, jest taki, że nie lubię dzieci, boję się ich i ... jak każda kobieta oszukuję się, że jeśli już będę miała własne, to będą zupełnie inne niż wszystkie te: wrzeszczące, ryczące, krzyczące, wkładające palce do kontaktu i robiące sceny w miejscach publicznych bachory, które do tej pory zwykłam spotykać na swojej drodze.
P.S. Ostatecznie, to wujek Google podpowiedział mi co się nadaje dla 3latki,czytaj: czego nie zje, czego nie obślini, ani przez co się nie zabije z mojej winy...
Cała sytuacja tak mnie zirytowała, że pieniądze na prezent zainwestowałam w zbyt drogą, antystresową maseczkę do twarzy...
15 marca 2011
Na imię jej było tradycja
Nic tak nie cieszy jak małe rytuały! Nic nie cieszy bardziej jak tradycja dzielenia rytuałów z ulubionymi duszami.
Do takich należą wyjazdy weekendowe, popularne wśród moich znajomych wspólne wyjazdy na Open'era, chodzenie na kawę w to samo miejsce, picie tego samego piwa w tym samym miejscu z tą samą osobą w ten sam dzień tygodnia!
Mam kilka własnych, których się boję, bo stwierdzić można, iż są następstwem jakichś schorzeń delikatnej natury psychicznej. Tak, skoro już przyszło do zwierzeń... nie zasnę gdy w pokoju jakaś szafka, szafeczka czy szuflada jest otwarta, a kawa w herbacianych kubkach mi nie smakuje (bo mam dwa kubki kawowe do celebracji tego napoju przeznaczone) i różne inne schorzenia - przyzwyczajenia, które przemilczę. Jednym natomiast z moich ulubionych, a szalenie niebezpiecznych, jest czytanie w trakcie spaceru... Od lat chadzam do biblioteki miejskiej, wypożyczam klasykę literatury i podążam deptakiem do domu, czytając w zamyśleniu. Raz czytając Sentencje Seneki, mało nie zabił mnie samochód...
Ostatnio mocno trzymam kciuki za pewną tradycję co się narodziła 6 marca, w dzień kaca po urodzinach Rudej. By nie zmarła śmiercią tragiczną ani powolną, choć kolejne przeznaczone nam niedziele wciąż wypadają z kalendarza...
Do takich należą wyjazdy weekendowe, popularne wśród moich znajomych wspólne wyjazdy na Open'era, chodzenie na kawę w to samo miejsce, picie tego samego piwa w tym samym miejscu z tą samą osobą w ten sam dzień tygodnia!
Mam kilka własnych, których się boję, bo stwierdzić można, iż są następstwem jakichś schorzeń delikatnej natury psychicznej. Tak, skoro już przyszło do zwierzeń... nie zasnę gdy w pokoju jakaś szafka, szafeczka czy szuflada jest otwarta, a kawa w herbacianych kubkach mi nie smakuje (bo mam dwa kubki kawowe do celebracji tego napoju przeznaczone) i różne inne schorzenia - przyzwyczajenia, które przemilczę. Jednym natomiast z moich ulubionych, a szalenie niebezpiecznych, jest czytanie w trakcie spaceru... Od lat chadzam do biblioteki miejskiej, wypożyczam klasykę literatury i podążam deptakiem do domu, czytając w zamyśleniu. Raz czytając Sentencje Seneki, mało nie zabił mnie samochód...
Ostatnio mocno trzymam kciuki za pewną tradycję co się narodziła 6 marca, w dzień kaca po urodzinach Rudej. By nie zmarła śmiercią tragiczną ani powolną, choć kolejne przeznaczone nam niedziele wciąż wypadają z kalendarza...
04 lutego 2011
Kartka z Sopotu
Miałam wysłać do Ciebie kartkę z zimowego Sopotu. Adres pamiętam przecież dokładnie. Najpewniej pocztówka ta byłaby minimalistyczna, a tekst na odwrocie jakiś bez ładu. Dwa zdania, nie wiem jaki podpis.
Może napisałabym, że morze zimą (odwrotnie niż październikową jesienią) jest zaskakująco spokojne? I nie dlatego, że skute lodem, lecz w zasadzie dlatego, iż zimowy wiatr gładzi taflę swym podmuchem dla różnej maści ptaków przybrzeżnych. Dla łabędzi, dla kaczek krzyżówek, dla nurów i dla bialutkich mew oczywiście. Gdy spaceruję po drewnianym molo słońce oświeca scenerię centralnym snopem światła. Wygrzewam twarz, wygrzewam jakieś smutne i zakurzone upływem czasu myśli... Idę na brzeg. Nim tam jednak dojdę, muszę minąć śpiący budynek Grand Hotelu, potem skręcam w krótką piaszczystą już alejkę, tuż przed tablicą informującą o fokach, co letnią porą lubią tu brzuchem leżeć na plaży. Staram się iść po śniegowym języku, lecz stały grunt szybko się kończy. Piasek pochłania moje oficerki. Lecz grzęznę nie głębiej niż 4 cm. Wkrótce, zaledwie po 10 sekundach, gdy moje serce drży już z tęsknoty, która zaraz się skończy, jestem u brzegu. Wiatr zmusza moje oczy do łez. Policzki oblekają się w czerwień na najbliższe dwa dni. Fale są minimalne, lecz mimo tego muszle wesoło poddają się prądowi. Ruszają się bezustannie, okręcają wokół własnej osi, i jest w tym coś z tańca derwiszy. Jakieś umiłowanie wirowania, jakaś stałość w ruchu, jakiś pierwiastek nieskończoności.
Łatwo zauważyć, że brzeg szybko opada w morską głębinę. Drobinki piasku i maleńkie kamyczki szaleją na równi pochyłej. Wszak pod wodą nie obowiązują już te same zasady.
Cofam wzrok i o mało nie upadam. Poślizgnęłam się. Lodowaty Bałtyk swym chłodem sprawił, że brzeg zamarzł. Widzę małe, szare muszelki! Chcę je podnieść, chcę je stąd zabrać. Nie ma to jednak szans powodzenia. Muszelki przywarły do brzegu wieczną zmarzliną. Może chciały tam zostać? Może to Bałtyk nie chce by odeszły, by ktoś mu je zabrał? To chyba najbardziej zaskoczyło mnie podczas mojego dwugodzinnego pobytu w Sopocie! I o tym w zasadzie chciałam Ci napisać. Muszle zimą przymarzają ! Druga sprawa to piękne detalami wille sopockie, nikt by ich nie sfotografował, tak jak Ty, podczas naszego wspólnego wieczornego spaceru.
Co do podpisu, nadal nie wiem. Może lepiej bez. Tak jak bez odpowiedzi, której pocztówki nigdy nie obiecują.
Może napisałabym, że morze zimą (odwrotnie niż październikową jesienią) jest zaskakująco spokojne? I nie dlatego, że skute lodem, lecz w zasadzie dlatego, iż zimowy wiatr gładzi taflę swym podmuchem dla różnej maści ptaków przybrzeżnych. Dla łabędzi, dla kaczek krzyżówek, dla nurów i dla bialutkich mew oczywiście. Gdy spaceruję po drewnianym molo słońce oświeca scenerię centralnym snopem światła. Wygrzewam twarz, wygrzewam jakieś smutne i zakurzone upływem czasu myśli... Idę na brzeg. Nim tam jednak dojdę, muszę minąć śpiący budynek Grand Hotelu, potem skręcam w krótką piaszczystą już alejkę, tuż przed tablicą informującą o fokach, co letnią porą lubią tu brzuchem leżeć na plaży. Staram się iść po śniegowym języku, lecz stały grunt szybko się kończy. Piasek pochłania moje oficerki. Lecz grzęznę nie głębiej niż 4 cm. Wkrótce, zaledwie po 10 sekundach, gdy moje serce drży już z tęsknoty, która zaraz się skończy, jestem u brzegu. Wiatr zmusza moje oczy do łez. Policzki oblekają się w czerwień na najbliższe dwa dni. Fale są minimalne, lecz mimo tego muszle wesoło poddają się prądowi. Ruszają się bezustannie, okręcają wokół własnej osi, i jest w tym coś z tańca derwiszy. Jakieś umiłowanie wirowania, jakaś stałość w ruchu, jakiś pierwiastek nieskończoności.
Łatwo zauważyć, że brzeg szybko opada w morską głębinę. Drobinki piasku i maleńkie kamyczki szaleją na równi pochyłej. Wszak pod wodą nie obowiązują już te same zasady.
Cofam wzrok i o mało nie upadam. Poślizgnęłam się. Lodowaty Bałtyk swym chłodem sprawił, że brzeg zamarzł. Widzę małe, szare muszelki! Chcę je podnieść, chcę je stąd zabrać. Nie ma to jednak szans powodzenia. Muszelki przywarły do brzegu wieczną zmarzliną. Może chciały tam zostać? Może to Bałtyk nie chce by odeszły, by ktoś mu je zabrał? To chyba najbardziej zaskoczyło mnie podczas mojego dwugodzinnego pobytu w Sopocie! I o tym w zasadzie chciałam Ci napisać. Muszle zimą przymarzają ! Druga sprawa to piękne detalami wille sopockie, nikt by ich nie sfotografował, tak jak Ty, podczas naszego wspólnego wieczornego spaceru.
Co do podpisu, nadal nie wiem. Może lepiej bez. Tak jak bez odpowiedzi, której pocztówki nigdy nie obiecują.
11 stycznia 2011
Kurczak po syczuańsku
- Łee... - zawodzi Loka
- Co znowu Ci nie pasuje? - oburzam się, bo obiad dopiero co wjechał na stół.
- Tak mało?
- O Boże... to chyba najlepszy komplement, jaki od Ciebie usłyszałam!
- Co znowu Ci nie pasuje? - oburzam się, bo obiad dopiero co wjechał na stół.
- Tak mało?
- O Boże... to chyba najlepszy komplement, jaki od Ciebie usłyszałam!
Pater Familias i okulary
Siedzę przy komputerze, pogłębiając swoją beznadziejna sytuację i wadę postawy. Późne popołudnie.
Cisza poobiednia.
- Gdzie są te małe śrubokręciki?! - ryczy z drugiego piętra rodziciel.
- W barku! - krzyczy zza ściany Loka Loka Loka (w tej historii pseudonim artystyczny siostry, zaczerpnięty z piosenki trochę mniej tandetnej niż dręczące moją jaźń Waka Waka Waka), po czym wypada z pokoju odziana w egzaminacyjne ciuchy, wali drzwiami w ścianę - Gdzie są szelki? - rzuca ku wnętrznościom szafy.
- Gdzie są śrubokręciki... te małe!! - grzmi szalenie z góry Pater Familias.
- Boże zwariuję - mówię do siebie i walę czołem w klawiaturę laptopa, na którym od dwóch lat próbuję napisać magisterium o Krzyżakach.
- Gdzie masz szelki, no ej? - Loka czyni przeszpiegi w dużej szafie.
- Ojciec się pyta gdzie są śrubokręty - zawodzi z irytacją rodzicielka, przy czym słyszę jak wygrzebuje się z pościeli po drzemce.
Walę głową w klawiaturę, plując by ktoś im dał te szelki i te śrubokręty...
No cóż, rozpoczęła się kolejna przerwa kawowa - oby nie trwała dwa lata...
Bieżę do pomrukującego Familiasa.
Koniec końców bowiem znalazł miniśrubokręciki w barku.
Siostra zabrała moje szelki.
Moja wena od dwóch lat nie powraca.
Z kawą w łapie patrzę jak pater Familias łypie przez lupę i wkręca śrubki w okulary do czytania mojej matki. I znowu tak jest, że już wszystkie jesteśmy z nim w kuchni.
Mierzy mnie wzrokiem. Zdejmuje z nosa moje okulary, po czym bez słowa przykręca i moje.
- Mamy jakiś lakier do paznokci?
- Ja nie chcę! - wrzeszczę
- Coś pod czerwony...
- Nie maluj mi, no...
Loka podaje z lodówki świecący róż.
- Mi nie maluj, ja nie chcę...
- Musi być, bo się śrubka wysunie...
- Ale ja nie chcę, tam jeszcze jest czerwony sprzed 7 lat! Nie maluuuu...
Pater Familias odkłada moje okulary do wyschnięcia.
- Czasem mnie traktujecie jak dziecko...
Myślałam, że mama i Pater posikają się ze śmiechu...
Dom wariatów...
Cisza poobiednia.
- Gdzie są te małe śrubokręciki?! - ryczy z drugiego piętra rodziciel.
- W barku! - krzyczy zza ściany Loka Loka Loka (w tej historii pseudonim artystyczny siostry, zaczerpnięty z piosenki trochę mniej tandetnej niż dręczące moją jaźń Waka Waka Waka), po czym wypada z pokoju odziana w egzaminacyjne ciuchy, wali drzwiami w ścianę - Gdzie są szelki? - rzuca ku wnętrznościom szafy.
- Gdzie są śrubokręciki... te małe!! - grzmi szalenie z góry Pater Familias.
- Boże zwariuję - mówię do siebie i walę czołem w klawiaturę laptopa, na którym od dwóch lat próbuję napisać magisterium o Krzyżakach.
- Gdzie masz szelki, no ej? - Loka czyni przeszpiegi w dużej szafie.
- Ojciec się pyta gdzie są śrubokręty - zawodzi z irytacją rodzicielka, przy czym słyszę jak wygrzebuje się z pościeli po drzemce.
Walę głową w klawiaturę, plując by ktoś im dał te szelki i te śrubokręty...
No cóż, rozpoczęła się kolejna przerwa kawowa - oby nie trwała dwa lata...
Bieżę do pomrukującego Familiasa.
Koniec końców bowiem znalazł miniśrubokręciki w barku.
Siostra zabrała moje szelki.
Moja wena od dwóch lat nie powraca.
Z kawą w łapie patrzę jak pater Familias łypie przez lupę i wkręca śrubki w okulary do czytania mojej matki. I znowu tak jest, że już wszystkie jesteśmy z nim w kuchni.
Mierzy mnie wzrokiem. Zdejmuje z nosa moje okulary, po czym bez słowa przykręca i moje.
- Mamy jakiś lakier do paznokci?
- Ja nie chcę! - wrzeszczę
- Coś pod czerwony...
- Nie maluj mi, no...
Loka podaje z lodówki świecący róż.
- Mi nie maluj, ja nie chcę...
- Musi być, bo się śrubka wysunie...
- Ale ja nie chcę, tam jeszcze jest czerwony sprzed 7 lat! Nie maluuuu...
Pater Familias odkłada moje okulary do wyschnięcia.
- Czasem mnie traktujecie jak dziecko...
Myślałam, że mama i Pater posikają się ze śmiechu...
Dom wariatów...
Subskrybuj:
Posty (Atom)







