Kiedy z kimś chodzisz, możesz dojść wszędzie: do ołtarza, do ostateczności, a nawet do szaleństwa... każdy nowy związek bowiem to nowe realia i całkiem inne metody gry między dwojgiem ludzi.
W myśl psychologii stosunków międzyludzkich wszyscy jesteśmy całkiem niezłymi zawodnikami. Wszystko co robimy, każda podjęta przez nas decyzja, da się zdefiniować jako gra, czyli seria komplementarnych transakcji ukrytych prowadzących do dobrze określonego, dającego się przewidzieć wyniku.*
Czy wypada nam się łudzić, że małe błędy które popełniamy są na tyle nieświadome, że donikąd nie prowadzą? Czy ON/ONA gra? A może właśnie przegrywam, a nawet o tym nie wiem...
Na mój gust, bo daleko mi nawet do domorosłego psychologa, gry czyli "schematy naszych zachowań" są nawet dość nudne. Dlaczego to robimy? Dla korzyści. Obojętnie czy nazwiemy to dobrem związku, rodziny czy własnym, grasz (przestrzegając jakichś reguł) by ugrać coś dla siebie.
Piszę o tym, bo często sama zapominam o sobie. Dziś okazuje się nagle, że trzeba uważać na swoje pionki... tak łatwo zapomnieć, że wspólne życie to nie partyjka chińczyka.
Wspólnie grać wspaniale, wspólnie grać jest najlepiej. O siebie jednak grać musisz samodzielnie, przecież wiesz jakiego chcesz wyniku...
* Berne Eric, W co graja ludzie, warszawa 2002, s. 37.
Ponieważ wyrabiam się dramatycznie* plu jestem po 24 godzinach bez snu, nie jestem w stanie odpowiednio skomentować wpisu, gdyż przekracza to moje mozliwości umyslowe w tym momencie. Odbiór jutro.
OdpowiedzUsuń*piję wino