Czwartek przywitałam w Muzeum Eskenów. Grzebałam w inwentarzach szukając sygnatur, robiłam korektę planu obchodów 150 rocznicy Muzeum Okręgowego. Ponieważ nie bardzo ktoś miał czas, jak piłeczka pingpongowa zmieniałam działy, piętra i dziedziny. Z archeologii trafiłam do numizmatyka palącego Mocnego za Mocnym, bo "mi to nie przeszkadza". Mało asertywna się zrobiłam - taki to już los stażysty...
Usłyszałam kilka ciekawych opowieści o skarbach monet znalezionych w ziemi. Najciekawsza jednak była opowieść o panu co się zwał Jean de Mandeville i przejechał na przełomie XIV i XV wieku trzy kontynenty, załapał się na dwie wyprawy krzyżowe (Ziemia Święta oraz Prusy) i napisał niesamowite kroniki. I tak to Jeana de Mandeville za rozrzutność cenią dziś numizmatycy. Potem zwiedziłam wystawę Pieniądz w Oblężeniu, poznając smakowite historyjki tylko dla wtajemniczonych. Od godziny 11 do 14.30 toczyłam nierówną walkę z 2 tysiącami medali, które miałam poukładać według numeru inwentarza. Dzięki temu jakże cennemu doświadczeniu wiem już, że to był dotąd najgorszy dzień mojego stażu. Gdy wyszłam z Muzeum, a myślałam że to nigdy już nie nastąpi, chciałam umrzeć, a w najlepszym przypadku przestać być. I choć zdaję sobie sprawę, że czasem praca bywa niewdzięczna i ktoś ją wykonać musi... następnym razem niech to będzie po prostu ktoś inny...
Po obiedzie z Kamilą popędziłyśmy na sprawdzian z niemieckiego, a wieczór spędziłyśmy w knajpie z kamilowymi koleżankami. Przy piwie i historyjkach o złych z natury dzieciach zaczęłam wypierać z pamięci dzieje polskiego medalierstwa...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz