Są takie dni, gdy towarzystwo ludzi ograniczyłabym jeśli nie do zera, to może jedynie do odgłosów rzewnej piosnki z głośnika... i byle nie bliżej.
I nie chodzi mi o uczucie "zejdź mi z drogi, bo rozszarpię Cię na strzępy człowiecze", lecz raczej o głęboki zawód postawą, zachowaniem i ludzkim ułomnym charakterem. Nie sądziłam, że to napiszę, ale brakuje mi tego co niosła ze sobą Infantia - dziwnej ufności i cielęcego zachwytu w rodzaju "a proszę Pani dokąd prowadzi tamto przejście".
Dziś na lekcję muzealną przyszły dzieci z pierwszej klasy podstawówki. Każdy na gąbczastej poduszce, każdy z życiem przed sobą i tym beznadziejnym momentem - zapewne niejednym w życiu - utraty złudzeń, utraty nadziei i setek rozczarowań.
Zrobiło mi się żal... że stracą dziecięcość, a najbardziej, że nawet o tym nie wiedzą...
- A teraz niech wszyscy będą cicho i powiedzą co słyszą w sali, co to za dźwięki ? - rzekła otoczona dziećmi pani Edukatorka, w sali pełnej drewnianych figur średniowiecznych.
- Coś burczy...
- To coś syczy...
- A co to tak syczy dzieci?
- Eeee...
- Jezus!
- Maryja!
I to kiedyś się skończy. Kiedyś będzie to tylko klimatyzacja.
A co tak burczy? Co tak syczy? Może to echo ich przyszłych, a może moich teraźniejszych rozczarowań...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz