31 października 2010

Nowe czasy, odwieczne problemy...

Pierwszy raz od 25 lat nie odwiedzę grobów bliskich zmarłych na ich święto listopadowe. Dodatkowo dziś do moich drzwi zapukał mały duch ze swoją babcią wesoło strasząc Pater Familiasa i zmuszając go okrzykiem "Słodycz albo psikus" do wydania ostatniej zachomikowanej czekolady toffi. Nadchodzą nowe czasy...

Snuje dziś wieczór osobiste rozważania o bliskich, którzy już nie usiądą do stołu na urodzinach i imieninach mojej prababci. O tych, którzy te dwa w roku popołudnia spędzić chcieli w małym pokoju 3 na 3 i pół, w gwarze 15 osób.
Zwykliśmy siadać tym dość dużym gronem wokół za niskiej, rozkładanej ławy - zastawionej dobrym, domowym, ale uroczystym jedzeniem. I choć zdarzały się rozwody i śmierci, my nadal przy tym stole siadamy, raczej nie doceniając że siebie mamy. Bo gdy tak siadam w kącie, na sfatygowanej wersalce, wszyscy wydają mi się tak ułomni, tacy spaczeni, tak obciążeni przywarami i tacy wadliwi. Wujek z ciotką opowiadają sprośne dowcipy, inny wujek podszczypuje, kolejni wujkowie piją kielonka za kielonkiem, kuzynka wcina zbyt dużo jak na 13latkę. Ale siedzimy, rozmawiamy, śmiejemy się dogryzając sobie i trwamy...
Dziś jest już inaczej. Choć dołączyły do naszej rodziny nowe dzieci i one są w centrum uwagi, ja słucham mojej prababci, siedzącej pod zieloną paprotką.
Jest smutna.
Widzę po niej, że życie, a może nawet Bóg ją zawiódł.
Że się poddała.
Ta pamiętająca dzień śmierci Marszałka.
Kobieta, mieszkając na niemieckim gospodarstwie, zmuszona ukrywać radzieckiego spadochroniarza we własnym domku.
Ta, którą przesłuchiwało gestapo w zaawansowanej ciąży.
Ta, która z mężem spędziła po ślubie tylko tyle czasu by spłodzić piątkę dzieci.
Żona tego, którego wywieźli na lata na roboty w głąb III Rzeszy.
Ta, której mąż po kilku miesiącach od powrotu umiera na gruźlicę.
Ta, która sama buduje dom dla swych dzieci, a potem składa do grobu jedno z nich. Po około dziecięciu latach zrobi to jeszcze raz.
Ta, która całe życie szyje na maszynie, bo drugi mąż nie potrafi nic, poza trafieniem do domu pod wpływem.
Moja prababcia Irena, którą doświadczyło życie.
Jednak dopiero teraz po przedwczesnym odejściu żartobliwych wujków, nie poznaję mojej babci. Jej widok sprawia, że wizja śmierci kogokolwiek mnie paraliżuje. Nigdy jej o tym nie opowiem.

Wujek Tadeusz popełnił w miłości chyba wszystkie możliwe błędy, a może żadna z jego miłości nie potraktowała go poważnie? Był dobrym, lecz niewierzącym w moc swych rąk, stolarzem. Latał na paralotni, lubił podróżować i kochał Bieszczady. Wiele czasu spędzał w swojej górskiej chatce, która stała się jego grobem. Pochowany został w Wetlinie, w skromnym grobie otoczonym rzecznymi kamieniami. W dzień pogrzebu rodzeństwo i dzieci, wedle jego życzenia, rozsypało część jego prochów na szczycie Połoniny Wetlińskiej. Wiatr go pochwycił i poniósł ku szczytom Halicza i Rozsypańca.

Wujek Mietek lubił majsterkować, lubił wypić i przygarniać kocięta. Pasjami rozwiązywał krzyżówki, a w szufladach gromadził żarówki, diody i układy scalone, które zawsze kojarzyły mi się z japońskimi nowoczesnymi miastami. Cieszyły go małe rzeczy, w końcu tak nie wiele miał.
Babcia długo otaczała opieką chorego na raka wujka. W któryś czwartek zeszłego roku musiała już zawieźć go do Hospicjum. Nie chciał. Zmarł tego samego dnia, wtedy spadł też pierwszy śnieg tamtej zimy.

Mój dziadek Józef miał chropowaty zarost, swetry zapinane na trzy guziki i żółto-czerwony rower firmy Romet. Wydaje mi się, iż nie był wylewny, ale pewnie się mylę. Strasznie żałuję, że nie mogłam posłuchać jego opowieści o Nowym Jorku końca lat 70tych, o metrze, którym tam jeździł i o jazzie, który usłyszał tam po raz pierwszy. I co z tego że miałam adidasy z Ameryki, bluzę z Myszką Miki i udany dzień nad jeziorem w dzień jego śmierci? Wolałabym by go nie zabił kierowca na trasie A1, a już zupełnie nie chciałabym mieć wtedy imienin i jagód na torcie, po które jechał do lasu specjalnie dla mnie.

Moja babcia po śmierci męża kompletnie zamknęła się w sobie. Dziś odkrawamy jej skórkę od chleba, robimy słodką herbatę, a ona nie pamięta już o śmierci dziadka. Ona niczego już nie pamięta...

Śmierć zabija. Cudza śmierć zabija coś w nas. W końcu przecież "Człowiek naraża się na łzy, gdy raz pozwoli się oswoić".*




*Antoine de Saint-Exupéry — Mały Książę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz