Poza tym, że nie sposób się czegokolwiek normalnie dowiedzieć, już wiem że będę prowadziła seminarium licencjackie w przyszłym semestrze. Chyba padnę ze stresu. Innych ważnych wieści ani widu, ani słychu.
Odezwał się we mnie głód życia, a w konsekwencji jakiejś tam dorosłości może rozsądek. Przeprowadzka odłożona do czasów większych środków pieniężnych. Czas oszczędzać, tylko niech mi już powiedzą co ze stypendium...
Obejrzałam ostatnio mieszkanie, całkiem fajne i przypomniały mi się wszystkie moje niepokoje przeprowadzkowe. Ach wspomnienia.
Po urodzinach K. wiele się zmieniło. Przede wszystkim w moim myśleniu o przyjaźni i mojej do niej zdolności. Jednak trzeba więcej niż chęć i staranie z 1 strony by mieć przyjaciela. Nic się za to nie zmieniło względem moich koleżanek, które podejmują dziwne decyzje. Jak tak na to patrzę, zastanawia mnie jak moje zachowanie wygląda z boku. Zaczynam dorastać do decyzji aby dusić wszystko w sobie.
Mam straszny okres w życiu, z mojej winy oczywiście i mojej nadwrażliwości na losy tego świata. Dzięki Rudej trochę mam plan działania, ale co zrobić aby postępować według niego? Znowu wychodzi na światło dzienne sprawa stara jak świat, umiesz liczyć - licz na siebie.
Zaczynam być poważnie rozgoryczona. A chcę być radosna, w żółtym kolorze, z głową pełną myśli o rycerskich turniejach i zamkach, piec babeczki, pic kawę na parapecie, siedzieć w parku pośród liści i kasztanów. Chcę żyć po swojemu, a ciągle nie mam okazji ku temu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz