24 listopada 2009

Manierystyczne zmanierowanie - czyli kto kogo nie lubi w muzealnym półświatku.

- Może chce Pani iść ze mną do Domu Eskenów do magazynów? Mamy tam zabytkowe meble, jeszcze muszę iść z kolegami "komisyjnie" na górę do magazynów Rzemiosła.
- Wszakże no jakże.
I ruszamy przez korytarze skrzypiącym parkietem sunąc, Pani Ania z konieczności, a ja podjarana jak małe dziecko. Robimy hyc przez muzealny czerwony sznur, co oddziela krainę muzealnych tajemnic dla wtajemniczonych od public space dla tylko-zwiedzających. Wchodzę po schodach starych wielce. I już jestem na szczycie ratusza, mknę schylona za komisją do pomieszczeń magazynowych. Schylona głowa unika guza od atakujących zewsząd fragmentów więźby. Oczy lokalizują trutki na szczury koloru lila-róż. Znajdujemy odpowiednie drzwi. Odpieczętowujemy. Zapalamy światło i jesteśmy w krainie drewnianych skrzynek i kuferków, szklanych naczyń i XVII-wiecznych instrumentów, po które tu przyszliśmy. Cuda owe siedzą otulone folią bądź kurzem na półeczkach regałów, co się pną metalem ku prowizorycznemu sufitowi.
Chwytamy dziwne podłużne instrumenty i niczym garbata kompania pokonujemy ponownie ów labirynt, kierując się ku konserwatorom w ich przyczajonych przy klatce schodowej laboratoriach.
Robimy puk puk do drzwi konserwatorów i niespodzianka.
- Ale ja wam tego nie wezmę do konserwacji!
- Przecież mieliście wziąć!
- A kto tak powiedział?
- Jak to kto, taka była umowa!
- Nie wiem kto z kim się umawiał, ale ja wam tego nie wezmę, bo mam za dużo do roboty - mówi zła kobieta w białym fartuchu, wskazują jednocześnie na model kogi wystający z ogromnego wiklinowego koszyka.
Pierwszy raz mam to uczucie. Że coś jest na rzeczy. Z jednej strony cichy komentarz, a z drugiej mina "i co ty na to powiesz".
No i pierwsze ACHA. Kustosze nie lubią konserwatorów, a konserwatorzy mają gdzieś kustoszy. Siekiera wisi w powietrzu, szczęśliwie Pani od Rzemiosła nie ma czasu wchodzić w rozmowę, ochotę ma zaś OGROMNĄ. Czując, że powinnam czuć złość maszeruję z komisją (Pan z działu Dokumentacji, Pani z działu Rzemiosła i Pani Ania ze Sztuki, Pani Przemiła lecz Cicha z Archeologii) do pomieszczenia przy bramie gdzie dziwaczne trąbki, i fagot, którym to Pani K. z Rzemiosła miała ochotę zdzielić Panią Konserwator, czekać będą bezpiecznie na umyślnych z muzeum instrumentów w Poznaniu.
Potem zaczynamy wycieczkę do Domu Eskenów. Gdyśmy się rozpłaszczyli w szatni, wpisali do odpowiednich ksiąg u Pana Ciecia i zdezaktywowali liczne alarmy - rozpoczęły się dywagacje tłumu ludzi, prowadzące mnie do zaobserwowania drugiego ACHA. A było ich... co najmniej sześcioro i "każden jeden" miał coś do dodania.
Pan "nie mam czasu i mam wszystko w D", Pan "szef-szefów technicznych", Pani R., Pan z dokumentacji, Pani Ania i inne osobistości. Gdy już ustalili co należało, akcja przeniosła się pod ziemię, gdzie zlokalizowane są magazyny. Drugie ACHA jest takie mianowicie, że "do cholery gdzie są techniczni, kiedy ich potrzebuję". Problem żaden poszukać też sobie można gdyby nie to, że na pomysł potrzebowania technicznych wpadają w jednej chwili średnio cztery osoby. Więc w końcu przywieźli manierystyczne drzwi windą. Detal boski, zawiasy kute cudowniaste, malunki, że mucha nie siada, tylko "do cholery gdzie są techniczni". Po dziesięciu minutach przyszli najbardziej pożądani faceci w muzealnym półświatku toruńskim. No to puściłam te drzwi z objęć, bo tłok był w podziemiach okrutny. Gdy już Pan techniczny w bezceremonialny sposób umieścił je w kanciapie, omiotłam wnętrze wzrokiem. Piękne meble trzeba przyznać, nieco kamiennych detali i dalsze skrzynie, z gatunku tych, co je matki córkom dawały w wianie, w czasach dawniejszych niż dawne...
Kiedy już sądziłam, że w zasadzie pewnie koniec na dziś wrażeń, zadzwonił telefon z konserwacji obrazów. No to pędzimy na górę, tam gdzie Fałat się odnawia, na nadchodzącą wystawę. Po przejściu w nieco inne zakamarki, kuląc się i garbiąc docieramy z Panią Anią do duszącego miejsca, gdzie dwie skupione kobiety obcują ze sztuka tak blisko, że bliżej się już nie da.
Fałat kład farbę intensywnie. Gdy tak blisko stoję z nosem przy płótnie widzę pojedyncze pociągnięcia, widzę miejsca które ominął w ogóle.
I wtedy pani Ania mówi, że mogę go dotknąć.
Czuję pod palcami purpurę drzew, różowy mroźny horyzont, zmarzniętych ludzi opatulonych w czerwień i brąz i szarości i żółć... i wiem już że nigdy tego nie zapomnę, że praca w muzeum to nie tylko złość, kłótnie o nieistotne sprawy, latanie po setkach schodów. Gdy odwiedzasz muzeum i znajdziesz tam coś co Cię poruszy swym pięknem, na chwilę stajesz się spokojnym i szczęśliwym człowiekiem.
Pracując w muzeum po prostu nim jesteś.

4 komentarze:

  1. Wychodzi na to że najwięcej zleceń wykonują konserwatorzy o posturze Pudziana, bo oni nie muszą czekać na technicznych :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ci techniczni, a Panów było dwóch, wyglądali komicznie jeden wyglądał na dźwigającego, a drugi na myślącego dokąd dźwigać...
    Konserwatorzy są tak naćpani chemikaliami, że się chwieją...

    OdpowiedzUsuń
  3. Beka... chyba w każdym miejscu pracy kilka razy dziennie pada z różnych ust soczyste "ACHA". ;)

    OdpowiedzUsuń