Muszę przyznać, że to jeden z najcięższych tygodni jaki miałam w tym roku...
Poza oczywistymi względami, dochodzą jeszcze rodzinne przejścia ze szpitalami, do 2 w nocy włącznie. Ciągły brak czasu, ciągła niewiadoma w co najpierw ręce włożyć, sprawiają, że piszę ten post, albo smażę schabowe zamiast zapierdalać w słusznych, własnych sprawach. Czas liczyć tylko na siebie, albo znowu...
Pogoda cudowna, jakby dodatkowo chciała mnie wkurzyć, bo przecież muszę siedzieć przy kompie i tworzyć wiekopomne dzieło.
Jutro urodziny K., na których na pewno nie będę się dobrze bawić. Niby knajpa ulubiona, ludzie fajni, a jednak wszystko mnie mierzi. Mam w sobie złość. Nie chcę z nikim gadać, wychodzi na to, że należy mi ugryźć się w język, przywdziać sukienkę i uśmiech numer osiem i być bezproblemowym, szybkochodzącym człowiekiem XXI wieku.
Czytałam ostatnio, iż szukamy podświadomie partnerów na wzór naszych opiekunów z dzieciństwa. Tego jeszcze brakowało, kutwa...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz