18 listopada 2009

Labirynt czasu i przestrzeni, czyli witamy w dziale sztuki polskiej i europejskiej.

Z własnej i nieprzymuszonej woli wpisuję w wyszukiwarkę hasła typu: barwy alokalne, abstrakcja aluzyjna, koloryzm i nazwiska Teresa Rudowicz, Henryk Waniek czy Jan Berdyszak.
Dla kogoś kto (jak ja ) jest laikiem w kwestii historii sztuki, woda to głęboka zupełnie jak sztuka jest głęboka w swej kolorowej istocie. Z ulicy człowiek trafia do zakładu Historii Sztuki Nowoczesnej i świat kompletnie się zmienia.
W magazynach jest zimno... pomiędzy obrazami przytulonymi lico do lica stoją rzeźby, które znalazły się tu w gorszych dla siebie czasach kryzysu. Depczę ochronną naburmuszoną bąbelkami folię wypełzającą zza blejtramy hipnotyzującego kolorem dzieła "Rajskie ptaki" i tylko czekać jak zacznę nadużywać słów płaszczyzna i perspektywa. Tu przez najbliższą godzinę z panią Anią spisujemy dzieła profesora. Dzielimy na: te wypożyczone od Muzeów, oraz te od samego artysty.

Gdy co rano tu wchodzę, wita mnie specyficzny zapach drewna, historii i gdyby przytulność jakoś pachniała, też bym ją tu dodała. Co rano przechodzę przy sali mieszczańskiej z ogromnym kamiennym portalem, mijam stare szafy w których wnętrzach giną ich własne wspomnienia. Wspinam się po drewnianych stopniach, a moje kroki dudnią w długich korytarzach na ostatnim piętrze. Po prawej stronie mijam galerię portretów z początku wieku. Gdy nikogo tu nie ma mężczyźni strzygą wąsami, a kobiety znudzone poprawiają włosy. W czasie wolnym od wyglądania z ram, wszyscy patrzą przez niewielkie okienka na kawałek nieba nad dziedzińcem toruńskiego ratusza. Zakamarki są tu skrzypiące i niesamowite!!

Od trzech dni w dziale czuć napięcie i słychać kanonadę telefonów. A wszystko za sprawą rodziny i spadkobierców dzieł doskonałego portrecisty pana R., chcących, przez sentyment, sprzedać je Toruniowi. I tu się zaczyna ból żołądka i złość na pusty muzealny portfel. Sprawa jednak jest w toku, gdyż Wrocław - główny konkurent do podkupienia owych płócien, nie kupi ich już na pewno.
Taki np. wernisaż Fałata kosztować będzie 500 zł. Nie wiedziałam, że z organizowaniem wystawy jest AŻ tyle latania.
I robiłam dziś gablotę na wystawę, i odbierałam telefony, i pracowałam przy obrazach i walczyłam z MONĄ, i widziałam wystawę związaną z nadaniem nagrody Thorunium, i robiłam korektę, i ściskałam już tyle dłoni, że się boję dostać grypy... i pomyśleć, że gdyby nie Pani Ania, która pozwala mi samej wszystkiego spróbować, to chyba bym padła na ryj z nudów, albo zamieniła się w tę druga podłą-wredną stażystkę z Działu Edukacji...

A tak, to mi się tutaj tak podoba, że och, ach, ech...

2 komentarze:

  1. eh, zazdroszczę Ci tej "płaszczyzny" i "perspektywy", bo ja ciągle nadużywam wkur*jacego wszystkich dookoła słowa "generalnie". Fe!
    :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wydaje mi się, że i tak jest z Tobą nieźle:) Przynajmniej nie nadużywasz słowa "dokładnie" jak 80% społeczeństwa.

    OdpowiedzUsuń