30 czerwca 2010

Krzywa przegroda

MR to koszmar, badanie jest po prostu okropne.
Nie licząc wenflonu jest prawie nie inwazyjne, a doprowadziło mnie do płaczu. W dłoni miałam przycisk kontrolny, którego miałam użyć, gdybym z jakichś powodów chciała przerwać badanie. Na uszach miałam słuchawki, żebym mogła słyszeć co mówi lekarz. Przyczepiono mnie pasami, zakuto w jakieś plastikowe ramy, tak abym nie mogła się ruszać. Unieruchomienie na 20 minut to coś okropnego, lecz nie tak, jak kłopoty z oddychaniem. To nie były zwykłe duszności, z braku tlenu myślałam, że dostanę ataku serca. Po 10 minutach okropności dostałam komunikat, że wysuną mnie z urządzenia i podadzą dożylny kontrast. Poczułam ciepło w przedramieniu, ale nie byłam w stanie ogarnąć sytuacji. Maszyna była tak głośna i tak mną trzęsła, że bałam się, iż trzeba będzie powtórzyć badanie.
Dlatego nie użyłam przycisku. Gdybym z własnej winy miała powtórzyć leżenie w trumnie przez 20 minut - oszalałabym.

Resztę dnia spędziłam w totalnym odrętwieniu z zaleconą butelką wody mineralnej.
Po kontraście byłam niemal przeźroczysta, mogłam wodzić palcem po każdej żyle na moim ciele.
Prawdopodobnie będę jeszcze zmuszona zrobić badanie MR odcinka szyjnego i drżę na myśl o tym.

Może istotniejsze w całej tej historii, niż samo badanie, jest to o czym się podczas takiego badania myśli. Nie mogłam się skupić wcale. Bałam się i strach , taki niesprecyzowany i niedokładny obezwładnił moje ciało i umysł tak skutecznie, że pod koniec bezwiednie zaczęłam płakać. Po wyjściu z maszyny nie miałam nawet siły się ubrać.

Wyniki nic nie wykazały.
Mam ponad sto zdjęć mojego mózgu i ponoć ani jednego powodu do zawrotów głowy.
Aha, mam krzywą przegrodę, ale na to się szczęśliwie nie umiera.
Wygląda na to, że jeszcze się pomęczę na tym świecie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz